12.04.2019

Od Jamesa CD Rein

Minęło kilka dni od mojej przejażdżki z Rein, a mięśnie prawie przestały mnie boleć. Ciężko było stwierdzić, czy to od upadku, czy od tego, że od tak dawna nie siedziałem w siodle. We wtorek dziewczyna przeprowadziła moim siostrą pierwsze korepetycje. Miały spotykać się trzy razy w tygodniu i co drugi tydzień robić albo biologie, albo powtórki z chemii. Blondynka od razu obiecała, że w razie problemów z innym przedmiotem, może spróbować go wytłumaczyć. Trzeba przyznać, że była wspaniała. Wykręciłem jej numer, nastawiając wodę na herbatę.
— Rein? Halo, słyszysz? — Odebrała po trzecim sygnale. W tle leciała u niej piosenka, "Bad Day" Daniela Powtera.
— Tak, tak, Jim, poczekaj sekundę.
Teraz usłyszałem kolejną piosenkę, chyba P!nk, ale zaraz ściszyła radio, a słuchawka jej telefonu zaczęła szumieć, bo chyba uderzyła o coś miękkiego. Wtedy też dobiegł wrzask, przytłumiony przez materiał w którym znajdował sie jej iPhone. "Wynoś się, ale to już!" Pomyślałem, że krzyczy na kota sąsiada, ale chwile później rozległ się trzask. Tłuczone szkło, pewnie kubek rzucony o ścianę.
— Marshall, wszystko gra? Rein?
— Tak, wszystko jest dobrze. Czemu dzwonisz?
— W kogo rzucałaś?
— Nie ważne. Powiedz, o co chodzi?
Zamyśliłem się, czy warto realizować plan, jaki ułożyłem sobie w głowie w tej sytuacji. Znaczy, nie znałem sytuacji ale podejrzewałem, że nie była kolorowa. Zacząłem ostrożnie:
— Pat i Jel poszły do wesołego miasteczka i na domówkę, wrócą dopiero jutro. Wiesz, jest piątek, pozwalam im czasem zaszaleć. Rzecz w tym, że nie ma potrzeby, byś dzisiaj przychodziła. Chyba że masz ochotę mi w czymś pomóc...
— Ok — odparła lakonicznie i się rozłączyła.
Byłem nieco zaskoczony i nie wiedziałem, czy jej odpowiedź tyczy się braku lekcji czy tego, że do mnie wpadnie. I tak lepiej będzie, jeśli tutaj posprzątam. Zabrałem się za zbieranie rzeczy dziewczyn, które powrzucałem do ich pokoju, tradycyjnie na łóżko. Jak wrócą rano, będą chciały się tylko walnąć do wyrka, a tutaj góra ich gratów, które będą musiały uprzątnąć. Byłbym fatalnym ojcem.
Później wyprzątnąłem kuchnie, nawet pościerałem blaty, na koniec odkurzyłem podłogę i niektóre meble. Swoją sypialnie pozostawiłem prawie nietkniętą, jedynie ścieląc łóżko. Przecież i tak tam nie zajrzymy.
Rein zjawiła się około czwartej. Miała fatalny humor i sweter na drugą stronę. Kiedy jej zwróciłem na to uwagę, fuknęła, że tak jej pasuje, po czym zaczęła się przy mnie rozbierać, by zmienić go na prawidłową stronę. Momentalnie się odwróciłem, a na mojej twarzy wyskoczyły rumieńce. Była jakaś dziwna, w pierwszym momencie zastanowiłem się, czy nie jest pijana, albo czy nie stało się coś z Delight. Posadziłem ją na krześle barowym przy wysepce i przygotowałem gorącą czekoladę. Na wierzch dałem bitą śmietanę i pianki. Pamiętam, że jak się poznaliśmy to wspominała, że nigdzie nie może znaleźć kawiarni, która zrobiłaby jej takie.
Postawiłem kubek przed nią to się lekko uśmiechnęła. Ale nic poza tym. Jęknąłem, bo nigdy nie miałem problemu, by rozchmurzyć swoich znajomych. A na ten wieczór miałem świetny plan do zrealizowania.
— Powiedz mi, Rein, co się dzisiaj wydarzyło?
Dłuższą chwile milczała, ale w końcu chęć podzielenia się tym wygrała. Oparła dłonie o czoło i wybąkała:
— Dwa słowa: pieprzony Luis.
Kiwnąłem głową, bo zrozumiałem, że mówi o tym swoim byłym. Jak się okazało, rano wpadł do niej z kwiatami i pierścionkiem, twierdząc, że miał gorszy okres i musiał się pozbierać i przyzwyczaić do myśli o związku na odległość. Dlatego też zechciał się zaręczyć. Rein nie wiedziała tylko, czemu zajęło mu to dwa miesiące odkąd tu przybyła.
— Mam mu dać odpowiedź do jutra albo zniknie z mojego życia na zawsze.
— Mam propozycje na ten wieczór, byś nie musiała tego przemyśliwać.
Uśmiechnąłem się i pociągnąłem ją za rękę do wyjścia. Zarzuciła moją bluzę, bo w złości nie wzięła żadnej kurtki. W dzień jest ciepło, ale koło wieczora temperatura spada do kilku stopni. Jakoś za duże moje ubranie nie było, ale rękawy już tak. Próbowała je same podwiązać, ale szło jej fatalnie. Stanąłem naprzeciw i wziąłem jej ręce, by spokojnie je podwinąć. Nadal była zmartwiona, ale teraz jeszcze unikała mojego wzroku. Westchnąłem ceremonialnie, by zwróciła uwagę na moją zatroskaną minę.
Wsadziłem ją do Jeepa i nawet nie zapytała, gdzie się wybieramy. Zdecydowanie odbiegała od typowych kobiet, których ciekawość wyprzedzała na kilometr. Długo jechaliśmy w ciszy. Kierunek obrałem na sąsiednie miasteczko, bo tylko tam mogłem znaleźć to, czego szukałem. To była bardzo spontaniczna decyzja, ale kiedy zajechałem pod schronisko w Lowville, wiedziałem, że to był dobry pomysł. Otworzyłem Rein drzwi, wysiadła za mną jak zombie, tocząc się, a myślami będąc gdzieś daleko.
— Hej, ty.
Podniosła głowę i spojrzała na mnie pustym wzrokiem. Zrobiło mi się smutno, że jakiś gnojek w jedną sekundę potrafił zniszczyć jej życie i doprowadzić ją do takiego stanu. Chwyciłem delikatnie jej dłoń na moment przejścia od parkingu do drzwi. W środku przywitała nas rudowłosa kobieta, lat około dwudziestu czterech. Nazywała sie Gail i budziła we mnie podobne emocje co w Rein Luis.
— O, Jimmy Silver, kto by się spodziewał!
Puściłem momentalnie dłoń Marshall, starając się zachować normalnie. Blondynka teraz się w końcu zainteresowała, unosząc brwi na nasze niezręczne spotkanie po kilku latach.
— Cześć. — Uśmiechnąłem się i lekko machnąłem dłonią na powitanie. — Szukam psa, szczeniaczka.
— Zgubiłeś swoją maskotkę, Ciasteczko?
— Chciałem coś zaadoptować, Gail — podkreśliłem jej imię, bo użyła mojego pseudonimu z liceum, za czym bardzo nie przepadałem. I jest to delikatne określenie.
Podniosła dłonie w geście obrony i zaprowadziła nas do części schroniska, gdzie znajdowały się dopiero co przywiezione lub urodzone psy. Po drodze minęła mnie Rein, wypowiadając niemo "Ciasteczko?", co ewidentnie ją rozbawiło.
Obejrzeliśmy kilka klatek, ale mój wzrok zatrzymał dopiero zwierzak tak kolorowy, jak Silver. Był to szczeniak po suczce, którą przywieźli kilka tygodni temu. Od razu się oszczeniła i został tylko on, istny wyrzutek. Rasą przypominał border collie, ale jak zaznaczyła Gail, to jakaś mieszanka, zwykły kundelek. Nie miał jeszcze imienia, a ojciec był niewiadomej rasy, przez co nie było jasne, jakiej wielkości będzie gdy dorośnie. Jednak jego wzrok mówił, że jest tym psem. Jedynym i nieodwracalnie we mnie zapatrzonym, przyjacielem na lata.
— Tylko nie nazwij go Sliver — zażartowała Rein, podchodząc bliżej i głaszcząc szczeniaka w moich ramionach.
Popatrzyłem w jej oczy, bo widziałem w nich iskierki podniecenia. Moja intuicja nie zawiodła, psiara na całego. Dałem jej go do podtrzymania i zwróciłem się do Gail o papiery adopcyjne. Z pewną niechęcią mi je wręczyła, na odchodnym jeszcze mówiąc:
— Kiedyś nie byłeś taki chętny do zwierząt. Mówiłeś, że nie masz czasu ani funduszy. Co się zmieniło? I nie mów, że to ta twoja panienka sobie go zażyczyła. Nie była nim zainteresowana, dopóki nie wziąłeś go na ręce.
— Ona nie jest moją... — zacząłem zirytowany, że kobieta tak pochopnie wszystko oceniała.
Gail jednak wzruszyła ramionami i odeszła. Po godzinie wypełniania formularzy i składania podpisów mogłem opuścić fortece okropnej byłej. Szczeniak nie mógł przestać skakać z radości, ciągle owijał się w ogół moich i Rein nóg, popychając nas do siebie. Kiedy otworzyłem jej drzwi, pies był pierwszy na siedzeniu.
Zaśmiała się i wzięła go na kolana. Znowu panowała w samochodzie cisza, ale wynikała z czego innego. Była przyjemna, a ja prowadząc, kątem oka mogłem się napawać widokiem dziewczyny wtulającej się w futro szczeniaka.
— A co powiesz na Ciasteczko?
— Chyba żarty sobie robisz.
Szturchnęła moje ramie i się uśmiechnęła, całując psi pyszczek. Wiedziałem, że takie imię już mu zostanie i że dzieciak zdobył jej serce. Zjechałem na drogę prowadzącą przez miasto, by odwieść ją do domu. Kiedy zobaczyła znane światła ulic, popatrzyła na mnie błagalnie. Nie wiedziałem, co ją znowu zmartwiło, wiec zjechałem na chodnik i zatrzymałem samochód.
— Jim — wyszeptała, a ja miałem wrażenie, że próbuje tym ukryć, że zbiera jej się na płacz. Uniosłem lekko jej podbródek, by na mnie popatrzyła. — Nie mogę tam wrócić, bo...
— Bo?
— Mogę przenocować u ciebie? Ciasteczko pewnie będzie potrzebowała żeby ktoś się nią zajął, bo będzie tęsknić za mamą i...
Położyłem palec na jej ustach, by nie musiała się tłumaczyć. Kiwnąłem głową i odpaliłem silnik. Myliłem się, jednak zwiedzimy dzisiaj moją sypialnie.

Rein?

1309 słów = 360$

10.04.2019

Od Kelvina "Trening S. II"

   Po ostatnim treningu czułem się na tyle dobrze, że dzisiaj postanowiłem zrobić skromną powtórkę. Pomimo godzin wieczornych, było bardzo jasno i nie zapowiadało się na to, że szybko się ściemni. Osiodłałem Samaela, który wyglądał na zdziwionego i szczęśliwego zarazem, gdyż rzadko wychodził na trening o takiej porze. Gdy już wsiadłem na grzbiet wałacha, do stajni weszła szefowa i lekko się uśmiechnęła na mój widok.
- Jedziesz na zewnętrzny parkur? - spytała zatrzymując się obok mnie.
- Zgadza się - odpowiedziałem poprawiając strzemiono - Chyba, że jest zajęte.
- Nie, właśnie skończyli tam trening. Masz w takim razie pilot do światła - powiedziała podając mi urządzenie - Nie jest skomplikowane..
- Jasne, dziękuję - lekko się uśmiechnąłem odbierając pilot.
- Gdy skończysz, pilot przynieś razem z kluczami od siodlarni - wyjaśniła krótko - Powodzenia.
- Nie dziękuję - zaśmiałem się, co kobieta odwzajemniła, po czym wszyła ze stajni.
Po chwili również opuściłem budynek i skierowałem się na parkur, który po użyciu pilota, idealnie się rozświetlił jasnym światłem. Schowałem urządzenie do kieszonki bluzy i sprawdziłem wysokość przeszkód, które na szczęście miały nasz maksimum. Nim jednak przystąpiłem do pokonywania toru, zrobiłem porządną rozgrzewkę i pozwoliłem wierzchowcowi dobrze się przygotować do parkuru. Tym razem na celownik wziąłem sobie wysokie stacjonaty oraz średniej wysokości koperty, które były po części rozgrzaniem Samaela do podwójnych, potrójnych przeszkód oraz szeregów. Każdą z nich pokonywał zbyt pewnie, co z czasem spowodowało zrzucenie jednej belki. Żeby ostudzić jego cwaniaka, nakierowałem go na triple barre, za którą zaraz była piramida. Wałach od razu słuchał się łydki i nie rwał tak bardzo do przodu, co raczej rzadko mu się zdarza. Po chwili najechałem na spory szereg, który tym razem miał podniesione belki, przez co sam się wahałem, czy aby na pewno damy radę to pokonać. Samael jednak wiedział co robić i na mój znak idealnie wybił się ku górze, przez co trudność została pokonana bez większych problemów. Za tym poszły kolejne dwie stacjonaty, przez które wierzchowiec przeleciał niczym pegaz. Czasami się zastanawiam, skąd on bierze tyle siły na rzucanie się w takie przeszkody. Możliwe, że Sam pójdzie w geny dziadów, którzy zajmowali podium w zawodach. Wracając do parkuru, kłusem zbliżyłem się do kolejnej piramidy, która została potraktowana z najmniejszym wysiłkiem ze względu na swoją wielkość, natomiast kolejną była oksera, która wałach nienawidzi, lecz pomimo tego, musiał ją pokonać. W ten sposób zrobiłem ze dwa okrążenia, może trzy, po czym rozstępowałem Sama i zaprowadziłem do stajni, oczywiście wcześniej gasząc światło na parkurze. Przy boksie oporządziłem kopytnego, wyczyściłem sprzęt i podałem odpowiednią dla niego żywność, po czym zamknąłem siodlarnie i odłożyłem klucze z pilotem tam, gdzie wcześniej mi kazano. Trening mogłem uznać za udany, gdyż nie zaliczyłem żadnego upadku, a zrzucenie belki zdarza się każdemu.

Samael +20um




451 słów = 80$

8.04.2019

Od Any

- Wyprostuj się - poleciłam spokojnym tonem, jednak na tyle głośno, by dziewczyna, której właśnie prowadziłam trening, na pewno usłyszała. - Usiądź twardo w siodle, to dociążysz jej zad i nie będzie takich cudów odwalała.
Albo mi się wydawało, albo w oczach dziwczyny pojawiły się łzy. Chwila... tak, właśnie jedna spłynęła po policzku. Zostawiła po sobie wyraźnie czystszy ślad na jej policzku.
- Jane, uspokój się kochana, to tylko Bigotka - próbowałam jakoś załagodzić sytuację, żeby dziewczyna nie znienawidziła po tej jeździe wspaniałej gniadoszki. Szkoda by było, gdyby od razu na wstępie się do niej zraziła. - Usiądź w siodle, nie pozwól jej, odchyl się... Nie do przodu Jane. Nie do...
Za późno. Dziewczyna, widocznie przerażona nieco zbyt entuzjastycznym i zbyt częstym brykaniem jej wierzchowca, odruchowo pochyliła się do przodu. Pewnie żeby się złapać. Muszę przyznać, że też tak kiedyś robiłam i jedno mogę powiedzieć - to nie działa, wręcz przeciwnie, gleba gwarantowana. Przypadek małej Jane nie był wyjątkiem.
"Tylko się nie rozrycz, błagam, nie rozrycz się" błagałam w myślach, zbliżając się do dziewczyny, żeby pomóc jej wstać. Pozbawiona jeźdźca Bigotka pozwoliła sobie jeszcze kilka razy strzelić barana, po czym zatrzymała się. Spojrzała na nas wzrokiem niewiniątka.
Westchnęłam. Szybko skontrolowałam stan fizyczny i psychiczny mojej uczennicy, a gdy upewniłam się, że raczej nie zacznie płakać i nic nie złamała, odeszłam od niej, żeby złapać Bigotkę.
- No nic, wsiadaj - poleciłam, podprowadzając klacz do dziewczyny. - Chwilę odsapniesz i próbujemy jeszcze raz, co?
- W życiu! - Jane głośno wyraziła swój sprzeciw, na co przytrzymywana przeze mnie Bigotka spojrzała na nią nieco wystraszona. - Znowu mnie zrzuci!
- Ma dzisiaj dużo energii, prawda - nie ma co owijać w bawełnę, dzisiejszy napad ADHD gniadoszki widać jak na dłoni. - Ale to nie znaczy, że od razu musisz rezygnować z jazdy na niej. Musisz się przełamać i spróbować jeszcze raz, bo potem będziesz się już zawsze bała na niej galopować, a tego nie chcemy.
Jane nie wyglądała na przekonaną moją argumentacją. Wręcz przeciwnie - założyła ręce na piersi i zrobiła zawziętą minę.
Ponownie westchnęłam i rozmasowałam pulsujące od rana skronie, zastanawiając się nad rozwiązaniem zaistniałego problemu.
- Dobra, przegalopuję ją dla ciebie - ustąpiłam. Wyciągnęłam rękę po toczek dziewczyny. - Uspokoi się trochę, a potem ty na nią wsiądziesz - chciała już protestować, ale przerwałam jej ostro. - Zrobisz jedno, dwa okrążenia. Chodzi o to, żebyś nie patrzyła na Bigotkę przez pryzmat dzisiejszej jazdy, bo normalnie jest naprawdę grzeczna. Po prostu dzisiaj ma gorszy dzień.
Jane w końcu ustąpiła, aczkolwiek niechętnie. Założyłam podany mi toczek i zgrabnie wskoczyłam w siodło. Nie chciało mi się poprawiać strzemion, które były dla mnie zdecydowanie za krótkie, przerzuciłam je więc przez przedni łęk, żeby nie obijały się Bigotce o nogi. Nakierowałam klacz na ścianę i od razu dałam sygnał do zagalopowania. Po kilku spokojnych, równych foule bryknęła, choć już nie tak spektakularnie, jak pod Jane. Waga jeźdźca robi swoje. Pogoniłam gniadą do szybszego galopu, żeby to na nim skupiła swoją uwagę i nadmiar energii, nie na wywijaniu zadem. Po kilku takich okrążeniach zebrałam klacz, wykonałam zmianę kierunku po przekątnej z lotną zmianą nogi (zdążyłam już zauważyć, że Bigotka została tego nauczona), po czym ponownie pospieszyłam do pośredniego.
Po takim niewielkim maratonie, bogatym w komentarze z mojej strony, jeśli chodzi o dosiad, prowadzenie i, w głównym stopniu, brykanie, przeszłam do kłusa, a potem stępa. Zatrzymałam się koło Jane. Właśnie głaskała Ghosta, który nie wiadomo kiedy i jak wparował na halę. Od razu zaniepokoiłam się, gdzie reszta familii, ale zaraz zobaczyłam dwa tamaskany rozłożone w rogu przy schodkach.
Szybko zeskoczyłam za ziemię, zdjęłam toczek i oddałam go właścicielce.
- No, skoro ja dałam radę utrzymać się na niej bez strzemion, na pewno sobie poradzisz. Z resztą, jak widziałaś, na końcu ledwo zipiała, więc na brykanie na bank nie będzie miała siły. Czyli co, do ciebie należą dwa okrążenia. Nie chcemy zajechać Bigotki, tylko pokazać ci, że nie jest tak straszna, jak uważasz.
Dziewczyna w końcu się przemogła. Wykonała polecenie, zrobiła te dwa okrążenia spokojnym galopem. Gdy przeszła do kłusa, na jej twarzy widać było ulgę, że znowu nie wylądowała na ziemi. A szeroki uśmiech wskazywał, że cieszy się, że jednak nie zrezygnowała.
Po skończonej jeździe gwizdnięciem wezwałam do siebie całą moją czworonożną ferajnę i ruszyłam za Jane, żeby pomóc odprowadzić Bigotkę do boksu. Zanim dziewczyna wyszła, schyliła się jeszcze, żeby pogłaskać Ghosta, który tradycyjnie domagał się pieszczot od każdego, kto wyraził nim jakiekolwiek zainteresowanie.
- Piękny - zachwyciła się Jane. Spojrzała na mnie, opierającą się ramieniem o boks. - Jak się wabi?
- Ghost - uśmiechnęłam się, sięgając ręką do Archera, szczerzącego na ten przejaw miłości zęby do husky'iego, i pociągnęłam go delikatnie za ucho. Natychmiast przestał, spojrzał za to na mnie wzrokiem niewiniątka i zamerdał ogonem. Zazdrośnik jeden.
Gdy Jane w końcu poszła do domu, miałam wolne. W teorii. Dlatego, gdyby niespodziewanie okazało się, że jestem potrzebna, postanowiłam jeszcze chwilę zostać na terenie ośrodka, zajść do Caza i być może do biura...
Nagle Archer zastrzygł uszami i odwrócił głowę, a ja poczułam, że ktoś się za mną zatrzymał. Odwróciłam się i omal nie podskoczyłam na widok osoby, która przede mną stała.
- Ja pierniczę - złapałam się za serce, nieco tylko przesadzając z reakcją. - Nie zachodzi się tak ludzi od tyłu.


Ktoś chętny popisać? ^^



846 słów = 160$

Od Kelvina "Trening S. I"

      Uzyskując dzień wolny od pracy, postanowiłem skupić się na mocnym treningu skoków, gdyż dawno nie ćwiczyłem, a zawody zbliżają się wielkim krokiem. Po zjedzeniu śniadania i ogarnięciu się, ubrałem strój jeździecki, chwyciłam za toczek z rękawiczkami i skierowałem się do auta. Ze względu na poranną godzinę, drogi były puste, co ułatwiło szybszy dojazd do stajni, zaś na miejscu zastałem kilku stajennych, którzy akurat zajmowali się końmi należącymi do szkółki. Gdy tylko wszedłem do stajni, zauważyłem znudzonego Samaela, który zaczepiał przywiązanego konia przed boksem. Zaraz oba spojrzały się w moim kierunku, lecz to Sam zaczął się niecierpliwić, więc bez zbędnego głaskania i tulenia, poszedłem do siodlarni po sprzęt. Na szczęście nikomu nie wpadło do głowy, by grzebać pod czarnych okryciem osprzętu, szczególnie przy siodle, które zabrałem razem z ogłowiem. Powiesiłem je przy boksie na specjalnym wieszaku i wyprowadziłem wałacha z boksu, po czym osiodłałem go i przygotowałem do treningu. Nowe ochraniacze leżały na nim idealnie, tak samo jak czarna podkładka, które zakupiłem jeszcze wczorajszego dnia. Nie marnując czasu, założyłem kask oraz rękawiczki, po czym wskoczyłem na grzbiet wierzchowca i opuściłem stajnie. Zwróciłem uwagę na obecny tutaj parkur zewnętrzny, który o tej godzinie był pusty, co świadczyło, że szczęście mi dzisiaj sprzyja. Spokojnym stępem wkroczyłem na teren przeszkód i zapoznałem się z każdą z nich, po czym wyznaczyłem optymalną ścieżkę, aby pokonać każdą z trudności. W międzyczasie sprawdziłem zapięcia popręgu oraz strzemion, które z czasem lubią się poluzować, lecz tym razem wszystko było na swoim miejscu. Po rozgrzewce przy ścianie, nakierowałem Sama na pierwszą z przeszkód w postaci okseru, czego wałach zdecydowanie nie polubił, gdyż pomimo dobrego wybicia, ten zahaczył nogą o belkę bez jej zrzucania. Widząc przed sobą stacjonatę, utrzymałem krok wierzchowca i tym razem przeszkoda została pokonana bez większych problemów. Poklepałem lekko wałacha po szyi i zaraz nakierowałem na kolejną stacjonatę, następnie na ponowną okserę, nad którymi Sam dosłownie przeleciał. To jednak był początek wysiłku, gdyż przed nami pojawiła się niewielka stacjonatka, zaś za nią szereg double barre. Wysoko zawieszone belki stwarzały wrażenie przeszkody niemożliwej do pokonania, lecz Samael sam gnał w ich kierunku i z wielką chęcią przeskoczył całą trójkę. Przyznam, że mną trochę zachwiało przy ostatniej barre, lecz po prostu trochę wyszło mi się z wprawy. Ostry zakręt w lewo skierował nas na murek, przy którym wałach zawahał się i wybił w wolniejszym chodzie niż powinien, lecz pomimo tego, ten na styk przeleciał na drugą stronę. Po skręceniu w prawą stronę, objechałem obok szeregu wysokich stacjonat, na które zaraz nakierowałem wierzchowca. Ten zdecydowanie woli proste przeszkody, gdyż owy szereg pokonał bezbłędnie, natomiast niewysoka triple barre, znajdująca się za szeregiem, uziemiła Sama tuż przed belkami. Ponownie najechałem na barre i pomimo oporów ze strony wałacha, ten niechętnie przeskoczył przez przeszkodę, lecz zrobił to na tyle mocno, że nasze lądowanie skończyło się upadkiem na piach. W duchu śmiałem się ze swoich umiejętności, lecz na twarzy zachowałem odpowiednią powagę. Szybko wstałem na równe nogi i chwyciłem złośnika za wodze, otrzepałem się z piachu i wróciłem na siodło Sama, któremu było pewnie głupio, że tak to wyszło. Nie widząc uszkodzeń ze strony wałacha, najechałem na dwie ostatnie stacjonaty i mogłem uznać parkur za pokonany.. z jednym upadkiem. Spojrzałem na kopytnego i widząc jego wysoki poziom energii, jeszcze dwa razy pokonałem przeszkody, które nie były jednak tak straszne, jak początku, przez co nie było zrzutek ani lądowań na piachu, co bardzo mnie ucieszyło. Po treningu, dałem odetchnąć wałachowi i odprowadziłem go do stajni, gdzie rozsiodłałem i odstawiłem do boksu. Natomiast ja oczyściłem sprzęt oraz samego nerwusa, po czym później wypuściłem go na łąkę, gdzie mógł odpocząć na swój sposób - tarzając się w trawie.

Samael +20 um

600 słów = 120 $

Od Charlotte

Pierwsze słoneczne promienie wdzierały się przez okno balkonowe do mojego nowego mieszkania. Widok był przyzwoity, długa, klimatyczna brukowa uliczka wzdłuż której postawione były wysokie uliczne lampy. Wprawdzie nie był to nowojorski Manhattan, ani ciche przedmieście, ale miał w sobie coś urokliwego. Filip od momentu przyjazdu i wypuszczeniu z transportera brykał po mieszkaniu przeszukując nowe kąty. Przy drzwiach stało jeszcze kilka nierozpakowanych kartonowych pudeł,a długonogi kocur wręcz nie mógł się oprzeć, by tam nie wskoczyć. Odgłos przeszukiwania wnętrza kartonu wywołał tylko na mojej twarzy delikatny uśmiech. W końcu będzie trzeba rozpakować się do końca, przydałoby się też zwiedzić miasto i okolicę. Jednak te dwie rzeczy nie mogły być ważniejsze, niż odwiedzenie koniska, które od kilku godzin stało już w nowej stajni i zapewne rozsadzało boks z powodu nadmiernej energii. Czym prędzej wciągnęłam na siebie czarne bryczesy, pierwszą lepszą białą bluzkę na długi rękaw oraz granatowy bezrękawnik i wskoczyłam w świeżo wyczyszczone oficerki. Droga do stadniny nie była długa, jechało się bardzo przyjemnie, a przy okazji mogłam podziwiać małomiasteczkowe uroki w których powoli się zakochiwałam. Oczywiście moja macierzysta stajnia też znajdowała się w pobliżu leśnych terenów jednak cały czas miałam świadomość, a nawet byłam w stanie dostrzec, że w oddali za lasem zaczyna się metropolia i rosnące wzwyż drapacze chmur. Tutaj to kompletnie co innego. Po zostawieniu auta na parkingu musiałam wstąpić jeszcze do biura, by sfinalizować pewne formalności. Podczas gdy kierowałam się do biurowego budynku dało się dostrzec, że ośrodek tętni życiem, wokoło krzątała się masa ludzi zajmująca się swoimi sprawunkami. Przemiła Pani właścicielka powitała mnie swoim promiennym uśmiechem. Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę o mojej przeprowadzce oraz planach i celach związanych z jeździectwem, później dokonałam ostatnich opłat, podpisałam gdzie trzeba i byłam wolna. Ruszyłam do dużej stajni. Odważnie wstąpiłam przez duże drzwi, a w jednej chwili większość końskich łbów zwróciła się w moją stronę, ale tylko z jednego boksu doszło głośne rżenie. Znaną czarną czuprynę dało się poznać z daleka.
- Cześć maleńki. - poklepałam go po szyi, ten natomiast zaczął obwąchiwać moją kieszeń, dobrze wiedział, że zawsze noszę tam smaczki. - Pewnie nie możesz doczekać się, żeby trochę pobiegać. - podałam mu na otwartej dłoni garść przysmaków. Chwyciłam za kantar wiszący na drzwiach boksu, po czym weszłam do niego usiłując złapać koński łeb, a zazwyczaj miałam z tym problem. W pierwszej chwili po wyprowadzeniu Henrego z boksu myślałam, że pójdzie w długą, a ja się przewrócę i jeszcze będzie mnie na dupie ciągnął. Nic dziwnego, ogier był strasznie ciekawy nowego miejsca. Przespacerowałam się z nim na zielonym skrawku w pobliżu stajni, a gdy już trochę się uspokoił ruszyłam w kierunku lonżownika. Bez wątpienia Hennessy przyciągnął wzrok wielu osób. W końcu jest to bardzo urodziwy ogier, wysokie konisko metr siedemdziesiąt, idealnie przycięta grzywa i ogon, szlachetny łeb oraz atletyczna, sportowa sylwetka, a w dodatku cztery urocze, białe skarpetki. Wiele razy słyszałam ogrom komplementów na temat mojego konia oraz pochwał, jak to przesadnie dbam o niego i jego wygląd. To prawda, Henry zazwyczaj był wypieszczony i wypucowany na wszelakie możliwe sposoby. Gdy lonża była już podpięta nawet nie musiałam się sporo namęczyć, gdyż koniuch sam ruszył do pracy bardzo energicznym stępem. Po krótkiej rozgrzewce cmoknęłam, aby zasygnalizować, że chcę rozpocząć pracę w kłusie, z tym również nie było najmniejszego problemu. Po kilku kolejnych minutach wydałam komendę głosową "hop", a ogier w końcu doczekał się swojego upragnionego galopu, przy okazji fiknął parę baranów i zarzucił tyłem. Może jednak sprawdzanie dziś toru crossowego nie jest najlepszym pomysłem? Po chwili namysłu doszłam do wniosku, że bezpieczniej będzie wyjeździć Henrego na pustym placu. Po około dwudziestominutowej lonży poklepałam oldenburga i zabrałam na stanowisko do czyszczenia. Nigdy nie sprawiał problemów przy zabiegach pielęgnacyjnych, stał spokojnie i mrużył oczy, tak było i tym razem. Fioletowym, plastikowym zgrzebłem wykonywałam mocne, długie ruchy po jego zakurzonej sierści. Zawsze lubił, gdy poświęcałam więcej czasu jego ulubionym miejscom, jak np. okolice popręgu, wtedy zazwyczaj wyciągał szyję i pięknie pokazywał ząbki. Zawsze sporo czasu poświęcałam grzywie i ogonowi, musiały być idealnie rozczesane i ułożone. Czyszczenie kopyt uświadomiło mnie, że niedługo będzie trzeba zwrócić się do kowala. Gdy koń był już wypucowany na błysk przyszedł czas na siodłanie - dzisiejszy trening był także testem dla nowiuśkiego sprzętu. Przyznam, że Hennessy cudnie wyglądał w dopiero co odpakowanym czapraku i lśniącym rzędzie. Chwyciłam za wodzę i skierowałam się w kierunku parkuru, na którym miałam zamiar przeprowadzić luźną jazdę w trzech chodach, bez skoków, które tylko niepotrzebnie bardziej rozjuszyłyby naładowanego po podroży energią ogiera.

Ktokolwiek?
Ktoś chętny na wątek z Charlie?

739 słów + 140$

7.04.2019

Od Rein cd. Jamesa

Osiodłaliśmy konie w jakieś 20 minut i od razu wyruszyliśmy w teren. Początkowo stepem, przez kręte ścieżki do lasu. James wytłumaczył mi, że dojedziemy nią do polany, na której często jeźdźcy z Horse Heaven ćwiczą. Osobiście marzył mi się już tor crossowy, ale wiedziałam, że nie wolno rzucać stajennego na głęboka wodę.
Początkowo kazałam mu kłusować. Spodziewałam się prawdziwej tragedii, osoby, która lata jak worek albo stereotypowy cowboy, który odchylając się do tyłu i trzymając przedniego łepku wyrównuje brak równowagi. U Jamesa było jednak widać dużą liczbę godzin spędzonej na podstawach. Zagalopował na kole, dając Silverowi dużo luzu, który wierzchowiec wykorzystywał, jednocześnie będąc bardzo bezpiecznym i przewidywalnym. Podjechał do mnie, a ja się uśmiechałam.
— Wcale nie ma tragedii. 
— Jednak "wcale nie ma" nie brzmi entuzjastycznie — odparł, kiedy ruszyliśmy przed siebie. 
Gdzieś na horyzoncie pojawiła się zwalona kłoda, naturalna przeszkoda o której wcześniej opowiadał mi James.
— Rzecz w tym, że mało miałam styczności z westernem. To całkiem inny styl, ale podstawy ujeżdżeniowe mamy te same. Twój koń jest rozluźniony, schodzi w dół. To dobra oznaka, ale do skoków trzeba więcej. 
Jechaliśmy teraz w milczeniu. Kiedy zbliżyliśmy się do szczątek drzewa, Delight od razu się rozbudziła. Stajenny zgodził się na mnie poczekać, wiec przegalopowałam ścieżką dwa razy dla rozruchu i popędziłam w stronę przeszkody. Mojego konia trzeba bardzo pilnować na przeszkodach stałych, bo obiera za szybkie tempo i zrywa się jak szalona na samą myśl o skoku, co nie raz przysporzyło nam problemów. Nagle usłyszałam zryw i zobaczyłam postać chłopaka, galopującego tuż za mną na kłodę. Zdenerwowana krzyknęłam co robi, ale wiatr chyba sprawił, że moje słowa do niego nie dotarły. Skoczyłam, praktycznie patrząc cały czas za siebie i zahamowałam najszybciej jak się da. O ile przeszkodę James pokonał w siodle, tak po niej, tracąc równowagę, szybko wylądował na ziemi. 
— James! — pisnęłam, bo czułam się za niego odpowiedzialna, a on właśnie zaliczył fenomenalną glebę. 
— Jej skok był świetny — pochwalił klacz, kiedy już do niego podjechałam. 
Podziękowałam w szoku i nawet poklepałam klacz i dałam jej luźniejszą wodze.
— Nic ci nie jest? 
Zsiadłam z konia i podałam mu rękę. Otrzepał się tylko i pogłaskał pysk Slivera, praktycznie zaraz wsiadając ponownie w siodło. 
— A gdzie mój oskar za udawanie twardziela? — zaśmiał się, kiedy wyjechaliśmy na główną drogę. 
Do końca terenu oglądaliśmy widoki. Trzeba było mu przyznać, że znał dobrze okolice. Szlaków było kilka, wiec na pewno czeka mnie jeszcze kilka ekscytujących wycieczek. Uwielbiam jeździć na spacery tylko w towarzystwie Delight, ale musiałam przyznać, że stajenny był dobrym towarzyszem. gadaliśmy o głupotach, było dużo śmiechu, kilka razy zeszło na poważniejsze tematy. Było w nim coś bardzo interesującego i cieszyłam się, że to on stanął na mojej drodze. Jednocześnie tęskniłam za Karen i Luisem, chociaż powoli rozmazywał się w mojej głowie jego obraz. Byliśmy taką parą, która obiecuje sobie na zmianę być ze sobą na dobre i na złe, życie i śmierć. Po czym starczył mu jeden dzień, by mnie porzucić bez wyjaśnień. Czy to co było miedzy nami było kłamstwem? Nie mówię, że kochałam go najmocniej na świecie, ale był dla mnie ważny i przez to, że spędziliśmy razem dwa lata, stanowił nieodzowną część mojego życia. 
— Nad czym tak dumasz? — zapytał chłopak, kiedy dojechaliśmy już prawie do stajni. 
— Nad moim chłopakiem — odparłam nadal zamyślona, nie patrząc nawet na niego. 
— Masz chłopaka? — Wyglądał na zdziwionego, ale nie powiedział tego z zazdrością czy smutkiem. 
— Nie mam — oburzyłam się, ale przecież on nie miał prawa znać mojej historii, wiec się speszyłam. — Zerwał ze mną. Świat nie chciał nas razem, co znaczy, że mamy do zrobienia coś ważnego. Osobno. 
— Tumblrowa mądrość? — Zaśmiał się, próbując mnie szturchnąć w ramie, podjeżdżając bliżej. 
— Instagramowa. 


James?

 Silver Ghost +10 (do wytrzymałości)
Delight my Way +10 (do wytrzymałości)

602 słowa = 120$

Od Conor'a cd. Milburna

Zdecydowanie dzisiejszy dzień nie należał do najlepszych. Westchnąłem patrząc na najnowszą rozpiskę umieszczoną w biurze. Miałem tylko dwie jazdy do końca dnia i nie wiedziałem czy cieszyć się czy nie. Z jednej strony mniej roboty, a z drugiej nie będę miał co zrobić ze swoim życiem. Licząc to, że dziś miałem przysłowiowego pecha nie chciałem robić nic co mogłoby spowodować jakikolwiek uszczerbek na mym zdrowiu. Nie licząc przepięknej gleby z Jockera, spotkało mnie dziś bardzo dużo pechowych sytuacji. Mniejsza z tym. Po jeździe na fiordzie chciałem wybrać się z Antitheze w teren. Udałem się więc do stajni koni prywatnych gdzie też stacjonował siwy. Wchodząc do budynku przywitało mnie rżenie stojących tam koni. Szybkim krokiem podszedłem pod boks wariata. Widok jaki zastałem nie był zbyt zadowalający. Theze stał cały brudny w kącie boksu i wyglądał na bardzo zadowolonego ze ze swego dzieła.
- Bardziej się ubrudzić nie mogłeś? - mruknąłem idąc po szczotki
Doprowadzenie go do stanu używalności zajęło dość dużo czasu lecz takie są uroki siwych koni. Po wyczyszczeniu Theze udałem się po sprzęt. Z terenu raczej nici, ale chociaż potrenujemy trochę skoki na parkurze. Ściągnąłem ogierowi kantar, po czym ostrożnie założyłem mu ogłowie. Jedynym plusem bezwędzidłowych jest to, że nie trzeba koniowi wpychać metalu do pyska co w połączeniu z upartością Antitheze zajęłoby dość długo. Po zapięciu paska potylicznego zarzuciłem czaprak oraz podkładkę na grzbiet siwka. Po ułożeniu pada, zalożyłem siodło. Przed podpięciem popręgu przełożyłem przez niego pasek od wytoku oraz zapiąłem wcześniej wspomnianą rzecz do przypinek przy siodle. Na samym końcu założyłem owijki polarowe. Antitheze jak na niego przy siodłaniu był za grzeczny, co mogło sugerować, że na jeździe chętnie będzie sobie brykał. Gotowego ogiera wyprowadziłem przed boks, zamykając zań drzwi. Chwyciłem wodze prowadząc siwka w stronę wyjścia. Wariat z zainteresowaniem rozglądał się po stajni szukając jakiejkolwiek zaczepki w stronę koni smacznie śpiących jeszcze w boksach. Na całe szczęście żaden nie wykazał zainteresowania przechodzącym obok angloarabem. Gdy wyszliśmy ze stajni, parę metrów dalej, spotkaliśmy dziewczyny, którym udzielałem lekcji, a które były tu też wolontariuszkami. Po wstępnym ustaleniu z nimi godzin treningu, skierowałem Theze na parkur skokowy. Z daleka było widać, że nikt nie postanowił o tej porze trenować, więc miałem cały plac dla siebie. Otworzyłem furtkę, wprowadzając konia do środka. Zaprowadziłem ogiera na środek ujeżdżalni zatrzymując go przy jednej z przeszkód. Sprawnie wskoczyłem na grzbiet Thez. Z siodła podciągnąłem popręg i trochę poprawiłem strzemiona, zastanawiając się przy tym, w którym momencie siwy postanowi ruszyć przed siebie nie zwracając uwagi na to, że w ogóle ktokolwiek jest na jego grzbiecie. Ku mojemu ździwieniu angloarab stał spokojnie patrząc się przed siebie i jak narazie nawet nie drgnął. Poprawiając dosiad dałem ogierowi sygnał do ruszenia spokojnym stępem.

Jazda trwała może z godzinę, nie chciałem przemęczać siwego, a w planach przed najbliższą jazdą miałem jeszcze lonże Ghost'a. Srokacz wyglądał już o wiele lepiej. Nabrał trochę masy, a sierść i grzywa zaczęły błyszczeć. Ze względu na jego młody wiek nie chciałem jeszcze zaczynać pracy z siodłem. Jak narazie postaram się go nauczyć prostych sztuczek, ale i tak większość czasu zapewne spędzi na pastwisku. Zerknąłem na zegarek po tym jak odwiesiłem ogłowie na wieszak. Do jazdy została mi niecała godzina.
- Więc z lonźy jak narazie nici - westchnąłem biorąc uwiąz
Podszedłem do boksu Ghost'a. Srokacz zajęty był jedzeniem. W sumie to co mu się dziwić. Przez większość życia zapewne nie widział pożądnej prcji siana i owsa. Wszedłem do boksu. Młodzik popatrzył na mnie pytająco, trącając mnie nosem.
- Idziemy na pastwisko - oznajmiłem drapiąc ogiera po grzywce
Zapiąłem karabińczyk na kółku od kantara, po czym wyprowadziłem konia na korytarz stajni. Sprawnie przemieściliśmy się na łąkę, na której nie było żadnych koni. Ghost rozglądnął się dookoła, niespokojnie przestępując z nogi na ngę. To było jego drugie wyjście na pastwisko od czasu, w którym trafił do Horse Heaven, więc był troszkę podekscytowany. Próbując utrzymać go na uwiązie, otworzyłem furtkę na padok wprowadzając tam ogiera i szybko odpinając sznurek od kantara. Srokacz nie zwarzając na nic pogalopował wzdłuż dłuższej lini zielonego terenu, radośnie przt tym rżąc.

Po odprowadzeniu młodego na pastwiska udałem się po swoje rzeczy do siodlarni żeby potem przenieść je do biura. Otworzyłem szafkę, nie przewidując tego, że uprzednie upchanie w niej przyborów do rysunku może się źle skończyć. Zawartość schowka rozsypała się po podłodze siodlarni. Wzdychając, ze stoickim spokojem zacząłem zbierać swoje własności z drewnianej posadzki. Skupiony na kompletowaniu rzeczy nie usłyszałem iż ktoś wszedł do pomieszczenia.
- Poczekaj, pomoge ci - zaproponował przybysz
Zbytnio nie zwróciłem nań uwagi. Myśląc, że to jakiś znajomy ze stajni. Popatrzyłem na niego lekko się uśmiechając gdy podał mi jeden z promarkerów. Nie wyglądał na żadnego ze stałych bywalców, a pamięć do twarzy mam zaiste dobrą.
- A co ty tu właściciwe robisz? - chrząknąłem gdy mężczyzna zaczął przyglądać się moim rysunkom
- Fakt, jestem nowy... Nie zgubiłem sie rzecz jasna. Szukam takiej dziewczyny, która...
- Wątpię, bym mógł ci pomóc. - zaśmiałem się, przerywając jego wypowiedź
Trochę się śpiesząc, zebrałem rzeczy do końca. Wyszedłem z siodlarni kierując się w stronę wyjścia ze stajni. Po drodze spojrzałem jeszcze co tam u Theze.
- Hej, jeszcze jedno. Powiedz mi, z kim mogę umówić się na trening? - nieznajomy wybiegł na korytarz
- W Horse Heaven jest kilku instruktorów. Właśnie rozmawiasz z jednym z nich - uśmiechnąłem się - Conor Greenaway - przedstawiłem się podając mu dłoń
Śmieszne, że o przedstawieniu się pomyślałem dopiero teraz. Nie jestem jednak zbyt dobry w zawieraniu nowych znajomości
- Milburn Tudor - odpowiedział mężczyzna, odwzajemniając gest
- Chcesz mieć trening samego wierzchowca czy jazdę treningową? - zapytałem



Milburn?

903 słów = 180$

Aktualizacja

Nowości w sklepie

Od dnia dzisiejszego w zakładce "Sklep" skutecznie będą pojawiać się nowe pozycje.
W związku z powyższym fundusze początkowe zostaną podniesione do 3500$, a obecni członkowie bloga będą mogli nieodpłatnie dodać sobie sprzęt (chraniacze oraz podkładki).
W tej sprawie należy napisać na priv do administratorki głównej, dokładnie podając co dopisać do sprzętu.


Pozdrawiamy
Administracja SHH

6.04.2019

Nowa postać


Powitajmy Charlotte oraz jej wierzchowca Hennessy V ^^

(Pełen formularz po kilknięciu na zdjęcie)



~Administracja SHH

2.04.2019

Od Kelvina CD Thejli

   Nie mając większych planów na resztę dnia, zgodziłem się na przejażdżkę w terenie. Samaelowi na pewno się to spodoba, gdyż ostatnio wałach domagał się jakiś treningów, więc teraz jest ku temu okazja. Upewniając się, że przy Arenisie zrobiłem już wszystko, wprowadziłem go z powrotem do jego boksu i zamknąłem bramę do niego należącą. Następnie opuściliśmy stajnie i skierowaliśmy się tam, gdzie znajdowały się nasze konie. Znaczy w sumie koń brunetki, gdyś Sam biegał sobie po pastwisku. Z siodlarni zabrałem sznur, po czym poszedłem do wałacha, który niechętnie do mnie podszedł i dał się zapiąć linką za kantar. Poklepałem go po szyi i skierowałem się do stajni, gdzie  zastałem Thejle wraz z Viavai, który to zarżał na widok wałacha. Ten mu oczywiście odpowiedział i postanowił nie robić większych problemów w owej sytuacji. Przywiązałem Sama do drzwiczek jego boksu i zająłem się szykowaniem wałacha do jazdy, który niecierpliwie stukał noga o podłoże.
  Gdy nasze wierzchowce były już gotowe, popręgi zostały ostatecznie zaciągnięte, a my posiadaliśmy odzież ochronną, mogliśmy bez problemu opuścić stajnie. Na zewnątrz przywitały nas wiosenne promienie słońca, które mogłyby świecić tak cały czas.
- Czas sprawdzić, co przygotowała dla nas matka natura - odparłem siadając odpowiednio w siodle.
- Myślę, by tamtędy pojechać - wskazała na szeroką ścieżkę - Dalej jest kilka rozwidleń. Może tam coś nowego się znajdzie - dodała zaraz.
- W takim razie w drogę - lekko się uśmiechnąłem, po czym ruszyliśmy spokojnie we wskazanym kierunku.
Jak zwykle, pomiędzy mną a brunetką, rozkręciła się rozmowa na temat wszystkiego, jakbyśmy znali się od lat, choć jestem tutaj od zaledwie kilku tygodni. W pewnym stopniu zapomniałem o przykrych sytuacjach, które miały miejsce kilka miesięcy temu i zająłem swoje myśli obecną chwilą.
- Może mała rozgrzewka wzdłuż rzeki? - zerknęła na mnie brunetka, zaś na jej twarzy widniał zadziorny uśmiech.
- Przyda się - odwzajemniłem gest i zerknąłem przed siebie, aby bardziej przyjrzeć się ścieżce przy rzece.
Widząc dość optymalną drogę, krótko cmoknąłem i dałem znak wałachowi, aby ten przeszedł do galopu. Ciemnowłosa ruszyła razem ze mną i szliśmy łeb w łeb, choć w niektórych momentach kobieta była połowę przede mną lub za mną, lecz to i tak jest mało istotne. Samael, który był przepełniony energią, dawał z siebie jak najwięcej i brnął do przodu niczym torpeda, a nigdy nie należał do koni wyścigowych. Kilka metrów przed nami leżała stara kłoda, którą nie raz przeskakiwałem, więc i w tym przypadku nie będzie inaczej. Thejla również zauważyła przeszkodę i oby dwoje zwolniliśmy tempo do kłusa. Skupieni na kawałku drewna wyrównaliśmy kroki i w równym czasie pokonaliśmy przeszkodę, co z trzeciej osoby musiało ciekawie wyglądać. Zaraz wróciliśmy ponownie do galopu i gdy rzeka powoli się kończyła lub też zawijała w mniej bezpieczny sposób, zatrzymaliśmy się nieopodal jeziora na chwilowy odpoczynek. W pewnym momencie Samaelowi chyba coś odbiło, głośno zarżał i zamoczył swoje nogi w zimnej wodzie, zaś mnie zrzucił prosto do niej. Szybko wynurzyłem się z cieczy i przywitał mnie oczywiście wielki łeb wałacha, który wyglądał na zdezorientowanego. Zdjąłem z głowy toczek i opuściłem jezioro, zaś za mną szedł Sam, natomiast Thejla nie mogła opanować śmiechu. Pomimo tego podeszła bliżej mnie.
- Wszystko dobrze? - spytała już spokojniej.
- Taa.. - odpowiedziałem krótko i spojrzałem na wałacha - Gdybym mógł, to drugi raz bym Cię wykastrował - mruknąłem w jego stronę, zaś ten kiwnął łbem i zaraz oparł go o moje ramie - Głupi - westchnąłem i pogładziłem go po łbie. Natomiast brunetka wesoło się uśmiechała - A Ty się nie śmiej, bo serio Cię w piwnicy zamknę - dodałem nie mogąc zachować powagi, przez co oby dwoje wybuchliśmy śmiechem.
- Bardziej mnie zastanawia powód takowej reakcji - powiedziała po chwili.
- Lubi sobie czasem jaja robić - odparłem wykręcając bluzę z wody - Ale czegoś takiego to jeszcze nie miałem - westchnąłem.
- Kiedyś musiał być ten pierwszy raz - zaśmiała się cicho i podała mi wodze Sama, aby ten nie uciekł.
Ze względu na to, że pogoda wyglądała na niemalże letnią, oby dwoje usiedliśmy przy jeziorze, natomiast konie pozostały przywiązane do pobliskiego drzewa. Na szczęście nie było chłodnego wiatru, który powodowałby zimne dreszcze, ze względu na moje wilgotne ubranie, które z czasem wysychało. Oczywiście z brunetką rozmawiałem na różne tematy, aby tylko zagłuszyć między nami ciszę.
   Gdy minęły dobre dwie godziny, moje ciuchy były już suche, a koniowatym zaczęło się nudzić, wstaliśmy z położonym na ziemię kurtek i udaliśmy się po nasze wierzchowce z zamiarem powrotu do stajni. Ubraliśmy toczki i wsiedliśmy na konie, po czym powolnym stępem skierowaliśmy się na ścieżkę powrotną. Nie mogło zabraknąć kolejnego wyścigu oraz pokonywania przeszkód, co pasowało nie tylko mi, ale też Samaelowi, któremu taki wysiłek się przyda.
W stajni byłem kilka sekund za Thejlą, gdyż ta zsiadała właśnie ze swojego wałacha, zaś ja dopiero wjeżdżałem do środka. Widząc wygodną belkę przy wejściu, chwyciłem się jej i zeskoczyłem na ziemie, zaś Samael zatrzymał się obok brunetki, która na owy widok cicho się zaśmiała.
- Nie, nie mogłem normalnie zejść z konia - rzuciłem podchodząc po Sama.
- Spodziewałam się tego - odparła.
- Czas wymyślić coś nowego - udałem zamyślenie i przystąpiłem do rozsiodłania wałacha.
Po wyczyszczeniu wierzchowca, założyłem na niego derkę i ponownie wypuściłem go na pastwisko, gdyż nie wyglądał na zmęczonego czy bardzo spoconego. Wróciłem się do siodlarni i zastałem tam brunetkę, która czyściła osprzęt swojego wałacha. Przystąpiłem do tej samej czynności, gdyż sprzęt Sama zdecydowanie się tego domagał.
- O której mógłbym po Ciebie przyjechać? - spytałem mając ku temu okazję.
- Pod wieczór planuję trening.. Może coś koło szóstej, ewentualnie siódmej - odpowiedziała zerkając na mnie.
- Okey, mi pasuje - lekko się uśmiechnąłem.
   Po wyczyszczeniu osprzętu, Thejla poszła w swoją stronę, natomiast ja skierowałem się do Arenisa, który na sam dźwięk otwierających się drzwi stajni, wystawił łeb przez drzwiczki boksu. Z siodlarni wziąłem linę i podszedłem do ogiera, otworzyłem jego drzwi, podpiąłem linkę do jego kantaru i wyprowadziłem na zewnątrz. Na widok wiosennego słońca Aren głośno zarżał, lecz nie był to strach, a bardziej zainteresowanie. Skierowałem się z nim na hale, która była na szczęście pusta, po czym odpiąłem uwiąz z jego kantaru, aby mógł choć tutaj rozprostować swoje kończyny. Oczywiście wcześniej zamknąłem drzwi hali, żeby ten wariat nie uciekł. Na początku zapoznał się z halą i nie widząc niebezpieczeństwa, zał kłusować, aby zaraz przejść do galopu i zatrzymywać się tuż przy ścianach budynku. Bryknął kilka razy i wyrzucał z siebie całą energię, która musiała nieźle kumulować się w jego dużym cielsku. Po dłuższej chwili zatrzymał się niedaleko mnie i położył na piachu, w którym zaraz zaczął się tarzać.. a niedawno był czyszczony. Podszedłem do niego oczywiście informując go głosem, kucnąłem przy jego szyi od strony grzbietu i poklepałem po szyi. Było widać, że ogier bardziej mi ufa i nie ma agresywnych ruchów, co bardzo mnie cieszyło.
   Gdy ciało ogiera zaczęło się lekko pocić, zawołałem go i gdy zdecydował się podejść, zabezpieczyłem jego kantar linką i wyprowadziłem z hali. Wróciłem do stajni, ogarnąłem zabrudzenia w jego boksie oraz wyczyściłem samego ogiera, którego zaraz wprowadziłem do jego "kwatery". Podałem odpowiednie jedzenie, witaminy oraz uzupełniłem poidło, po czym opuściłem stajnie. Niby nic czasochłonnego, a zajęło to prawie trzy godziny, przez co było chwilę po czwartej.
Wróciłem do swojego domu, gdzie zjadłem porządniejszy posiłek i popiłem kawą z ekspresu, która to dodała mi trochę energii. Posprzątałem swoją posiadłość, co na szczęście nie trwało długo, a pomimo tego było blisko umówionej godziny. Dopiąłem wszystko na ostatni guzik, ubrałem się w świeże ubrania i wyjechałem z domu kierując się do stajni. Na miejscu zastałem samą Thejle, która prowadziła konie do stajni. Pomogłem jej w owej czynności, zabierając przy tym Samaela. Oby dwoje nakarmiliśmy pozostałe konie, sprawdziliśmy pozostałe stajnie oraz siodlarnie i gdy wszystko było na swoim miejscu, opuściliśmy owe tereny.
- Dzięki. Sama pewnie bym siedziała tutaj znacznie dłużej - powiedziała brunetka.
- Żaden problem - lekko się uśmiechnąłem - I tak musiałem sprawdzić co u Sama - dodałem.
- W takim razie.. daj mi chwilę. Skoczę do góry tylko - rzuciła i powoli zaczęła kierować się do domku.
- Jasne. Poczekam w aucie - przytaknąłem i tak też uczyniłem.
Siadłem za kierownicą pojazdu, włączyłem jakąś muzykę i wygodnie się rozsiadłem dając oparcie fotela lekko do tyłu. Skórzane siedzenia były tak bardzo wygodne, że dałoby się tutaj zasnąć, lecz na szczęście do tego nie doszło. Po chwili do środka wsiadła ciemnowłosa, więc mogliśmy udać się do mojego domu. Pojazdem wjechałem standardowo do garażu, natomiast do wnętrza budynku weszliśmy przez boczne drzwi.
- Rozgość się - powiedziałem zabierając kurtkę od brunetki, po czym powiesiłem ciuch na haczyku.
Wyjaśniłem standardowe pomieszczenia w domu, takie jak toaleta czy kuchnia, a w międzyczasie przyszło wcześniej zamówione jedzenie oraz kilka standardowych zakupów, w tym coś alkoholowego oraz przekąski. Z głównych posiłków była pizza, chińskie zestawy oraz kubełek skrzydełek, żeby same procenty nas nie zmiotły. Wyświetliłem wszystkie filmy kryminalne na telewizorze i pozwoliłem wybrać coś brunetce, gdyż mi to było obojętne. Gdy padło na jeden z nowszych tytułów, wzięliśmy wcześniej wspomniane jedzenie oraz, na pierwszy ogień, piwo, po czym rozsiedliśmy się na kanapie i przystąpiliśmy do oglądania.. oraz rozmawiania.
- Widziałam Cię z Arenisem na hali. Jak się trzyma? - spytała po krótkiej chwili.
- Powiem Ci, że jest z niego wariat - odpowiedziałem upijając łyk napoju - Galopował nawet, co dobrze świadczy o jego zdrowiu. Jeszcze trochę i będzie można go lonżować oraz przyzwyczajać do innych ludzi.
- To dobrze. Ważne, że choć jednej osobie ufa - odparła kobieta.
- W sumie to dwóm ufa - zerknąłem na nią - Nie był do Ciebie agresywny odkąd jest w stajni - wyjaśniłem.
- Racja..
- A jak tam trening u Ciebie? Nie zabiłaś nikogo? - lekko się zaśmiałem zerkając na ciemnowłosą.

Thejla?  c:
Opowiadanie pisane na raty, więc mogłam się gdzieś w czymś pomylić xd


1543 słów = 400 $