22.03.2019

Od Thomasa cd. Od Sheeny

Patrzy na mnie przez chwilę, oczy ma szeroko otwarte ze zdziwienia. Są napuchnięte, przekrwione, a cała twarz wilgotna od łez. Wtargnąłem już w tą niedostępną dla nikogo przestrzeń, jestem intruzem. Patrzy na mnie przez chwilę. Odwraca twarz, zakrywa ją dłońmi. Dłońmi całymi we krwi, poszarpanymi, pociętymi. Jej kolana też są we krwi, klęczy na odłamkach szkła i opiera się o przewrócony fotel. Analizuję sytuację, a ona łka. Patrzę na krew. Ciemna, jasna. Tutaj strumień delikatny, tam wartki, pod ciśnieniem. Tętnica. Drgam. Krew nigdy nie robiła na mnie wrażenia, ale to inna sytuacja. To nie zwierzę, chociaż zachowuje się jak spłoszona sarna. Tylko, że ona nie może uciec.
-Sheena… - zwracam się do niej cicho i robię krok do przodu.
Odwraca się błyskawicznie w moją stronę i wrzeszczy:
-Wyjdź!
Cofam się. Oddycha ciężko, a łzy spływają po jej twarzy, spłukując z policzków krew pochodzącą z ran na dłoniach. Wygląda jakby właśnie była ofiarą jakiegoś strasznego wypadku, a to tylko szkło, zacięcia na rękach i nogach, dotkliwe. Widzę strumień tętniczej krwi wydobywający się z wewnętrznej strony jej ręki. Musiała trafić na spory odłamek. Przecież jej tak nie zostawię. Zaciskam pięści, bo widzę, jak na mnie patrzy.  Przecież nie jestem jej wrogiem.
-Sheena, do cholery! Chcę ci pomóc, przecież poharatałaś się cała! – krzyczę, żeby do niej dotrzeć i podchodzę pewniej. Co jak co, ale silniejsza ode mnie na pewno nie jest.
-Tom, wyjdź. Obiecuję, że jak cię dopadnę…
-To co? Cholera, wstawaj i uspokój się wreszcie, bo mam tego dość! – chwytam ją za ramię i podnoszę.
Poddaje się temu, ale patrzy na mnie z wrogością. Gdy w końcu stoi na nogach, zamachuje się i próbuje mnie uderzyć, ale odpycham jej dłoń. Oczy ma załzawione, jest wyczerpana i ranna. Nie trafiłaby. Jest wściekła. Przenosi ten gniew na mnie, bo przecież nic jej nie zrobiłem. Znam ją na tyle, że wiem, że najbardziej denerwuje ją własna słabość. Dlatego tak wścieka się, gdy wytykam jej błędy.
-Daj spokój. Chodź to kuchni, muszę to opatrzyć. – mówię, siląc się na spokojny ton.
-Nic mi nie jest, to tylko szkło, idź już! – wrzeszczy i wyrywa się.
-Czy ty siebie widzisz?! Idź do tej cholernej kuchni!
W końcu słucha i idzie spokojnie. Siada na krześle i patrzy na mnie spode łba, kiedy ja przeszukuję kuchenne szafki. Nie jest na tyle litościwa, by zdradzić mi gdzie trzyma leki, lub cokolwiek w tym stylu, więc trochę mi to zajmuje. W końcu kucam przed nią, a obok mnie leży gaza, miska z wodą, spirytus, pęseta i igła z bawełnianą nicią. Musi na razie wystarczyć. Obmywam dłonie spirytusem, otrzepuję je i odkażam resztę prowizorycznych narzędzi.
-Daj mi tą rękę, tą która najbardziej krwawi. – mówię stanowczo, a ona posłusznie poddaje się zabiegowi.
Obmywam rany wodą, a następnie odkażam. Biorę pęsetę i zaczynam mozolnie wybierać z tej najdotkliwszej odłamki szkła, które utkwiły w tkance. Sheena nawet nie drga. Milczy zupełnie, uspokoiła się. W końcu stwierdzam,  że nie widzę tam już niczego i przystępuję do zszywania, bo krew nadal intensywnie wypływa z tętnicy. Wchodzę w trans. Wszystko staram się zrobić jak najlepiej, perfekcyjnie. Zapominam kogo to ręka, mam ją po prostu zszyć. Udaje się. Teraz reszta. To będzie ciekawe…

-Gotowe. – mówię i oddycham ciężko. – Nie rób tego więcej, bo skończyła mi się już cierpliwość.
Nie patrzy mi w oczy, więc łapię ją za żuchwę i odwracam twarz w moją stronę. Nie wyrywa się.
-Może się odezwiesz, bo tak jakby, nie wykrwawiłaś się na podłodze we własnym salonie tylko dlatego, że tutaj jestem. – zauważam, ale nie reaguje.
Wzdycham ciężko i chowam twarz w dłonie. Kręcę głową. Dociera do mnie, że moja ulubiona koszula jest cała we krwi.
-Czemu wy wszyscy musicie robić ze mnie rzeźnika… - mruczę, uśmiechając się prawie niezauważalnie.
Sheena parska cicho. Podnoszę brwi w górę i znów kręcę głową z niedowierzaniem.
-Acha, to teraz będziesz się śmiała, chociaż przed chwilą wypłynęło z ciebie całkiem sporo krwi. Cudownie.
-Wiesz… Tak to czasem bywa… - mówi zachrypniętym głosem.
-Nigdy cię nie zrozumiem. – stwierdzam.
-Chyba jestem zbyt skomplikowana… - odzywa się cicho i patrzy na mnie znacząco.
-No dobra, dobra… Masz rację. Chyba właśnie po to tu jestem. Żeby ci to powiedzieć, ale cóż. Uprzedziłaś mnie.
-Dzięki… To teraz idź. Posprzątam to i postaram się nie zabić.
-Nie potrzebujesz pomocy? Cholera, ja jeszcze pytam. Jasne, że potrzebujesz, możesz przecież zasłabnąć, tyle krwi straciłaś!
-To co? Mam zjeść ciastko i wypić sok jabłkowy, jak przy oddawaniu krwi? – śmieje się.
Prycham.
-Koniec tej karuzeli śmiechu. – stwierdzam.

Sheena?

736 słów = 140$

18.03.2019

Od Kelvina CD Thejli

   Po opuszczeniu stadniny, od razu skierowałem się do domu, aby tam przygotować się do snu. Jak zwykle, dzień nieźle mnie wykończył, a szczególnie przekonywanie Arenisa. Ogier okazał się być bardziej uparty od klaczy, lecz dzięki swojej cierpliwości, udało mi się osiągnąć sukces. Gdy opuściłem już prysznic i przebrałem w nocne ciuchy, położyłem się do swojego łóżka i zasnąłem, aby rano zostać obudzonym przez nieznośne budziki.
Wraz z porannym sygnałem, usłyszałem również dzwonek mojego telefonu, co raczej rzadko się zdarza, że ktoś o tak wczesnej porze do mnie dzwoni. Zaspany przekręciłem się na drugi bok i sięgnąłem za głośne urządzenie, aby zerknąć na jego wyświetlacz. Dzwonił komendant, co momentalnie mnie obudziło i usiadłem prosto na łóżku. Pomyślałem szybko, w jakiej sprawie może dzwonić, po czym zaraz odebrałem połączenie. Okazało się, że w trybie natychmiastowym mam zjawić się na komendzie, gdyż w większym mieście jest potrzebne wsparcie, a samej nocnej zmiany jest za mało. Nie mając żadnego wyboru, przyjąłem zgłoszenie, ogarnąłem się tak szybko, jak tylko mogłem, po czym wsiadłem w wóz i na sygnalne udałem się w miejsce zbiórki. Po drodze zjadłem kanapkę przygotowaną wieczór wcześniej, aby podczas wsparcia myśleć o działaniu, a nie o jedzeniu. Na miejscu dostaliśmy strój antyterrorystyczny oraz karabiny półautomatyczne, co wskazywało na grubą akcję. Wsadzili nas do czarnego busa i wysłali na miejsce..

Godzina 13:43

Nastąpiła chwila spokoju od strzałów oraz dymu z granatów, a moja pięcioosobowa grupa bezsilnie oparła się o ceglaną ścianę piwnicy. Nie ukrywam, że byłem wykończony bieganiem po tym labiryncie, a szczególnie posiadając kilkadziesiąt kilogramów pancerzu na sobie.
- Brak sygnału, brak wyjścia, a tlen powoli się kończy. - mruknął jeden z mężczyzn.
- Zaraz się znajdzie - odparłem rozglądając się po korytarzu.
- Chodzimy tutaj już dobrą godzinę, a Ty mówisz, że coś się znajdzie - uniósł ton ten sam policjant.
- Dalej będziesz marudził czy zaczniesz w końcu myśleć - skarciłem go krótkim spojrzeniem.
- A może Ty zaczniesz w końcu działać! - podszedł bliżej mnie, co ani trochę mną nie ruszyło.
- Spokój Mike - wtrącił się trzeci - Im bardziej się denerwujecie, tym gorzej w tlenem.
- Sprawdźmy tamten korytarz.. - odparł po chwili Michael, który tak bardzo chciał mnie zdominować. Nic z tych rzeczy, chłopczyku.

Godzina 14:57
Po ponad godzinnej bieganinie po piwnicznym labiryncie, udało znaleźć się wyjście, a zarazem dostęp do tlenu, którego powoli nam brakowało. Oczywiście wykonaliśmy swoje zadanie, wynieśliśmy niebezpieczne ładunki do saperów, a ludzi odpowiadających za to oddaliśmy w ręce zwykłej policji. Jednak co mogło pójść nie tak? A no samoprzylepny ładunek, który spoczywał na nodze jednego z pięciu mężczyzn. Nim zdążyłem zareagować, nastąpił wybuch.

Godzina 15:22
Dość szybko złapałem kontakt ze światem realnym i znajdowałem się oczywiście w szpitalu. Na szczęście nie wsadzili mnie na jakiś oddział, a posadzili na kozetce lekarskiej w dziale pacjentów zdrowych. Naprzeciwko mnie znajdował się Mike, ten co się awanturował, po stronach przekątnych znajdowała się kolejna dwójka, wszyscy przytomni. Losy piątego policjanta były nam znane - leżał na intensywnej terapii, prawdopodobnie bez jednej nogi, a jego stan zdrowia był średni.
Gdy lekarka szyła draśniecie na boku mojej twarzy, dopadłem się do mojego telefonu, który o dziwo wyszedł z tego wszystkiego cały. Zacząłem szukać numeru do Thejli, lecz jak na złość nie miałem go zapisanego. Zrezygnowany zablokowałem urządzenie i położyłem obok, po czym dałem się opatrzyć.

Godzina 16:04
Po pół godzinie wypuścili całą naszą czwórkę, gdyż nie posiadaliśmy większych ran. Komendant odwiózł każdego z chłopaków do ich domów, zaś ja zostałem ostatni. Gdy rozmowa dobrze nam szła, wspomniałem o numerze do brunetki i o dziwo uzyskałem go bez większego problemu. Podziękowałem i opuściłem pojazd, aby wejść do swojego, jakże opuszczonego domu. Od razu siadłem na kanapie i napisałem wiadomość do kobiety "Hey. Głupio mi prosić, ale sprawdziłabyś co u Samaela? Przez pracę nie mam jak dzisiaj pojawić się w stajni, a wałach na pewno domaga się uwagi :( Wynagrodzę Ci to w jakiś.. dobry sposób ;) - Kelvin".
Po kliknięciu wyślij, zablokowałem telefon i udałem się do kuchni, aby zjeść jakiś normalny posiłek. Samo jego przygotowanie zajęło mi trochę czasu, zaś później.. zasnąłem w wannie wypełnioną ciepłą wodą, która ciągle lała się z kranu (oczywiście też wypływała przez odpływ umieszczony pod kranem).
Obudziłem się dość instynktownie, choć minęło może pół godziny, do godziny. Dość leniwym ruchem opuściłem łazienkę i udałem się do sypialni, gdzie zasnąłem, oczywiście wcześniej ubrany w nocne ciuchy.

Dzień następny 
Godzina 9:12
Będąc już po badaniach kontrolnych oraz sytym śniadaniu w pobliskim pubie, siedziałem w swoim aucie i myślałem nad sposobem wynagrodzenia się Thejli za oporządzenie wałacha, gdyż później sama potwierdziła wykonanie owej czynności poprzez wiadomość, którą odczytałem dopiero rano. Wiem, że lubi czytać i pleść kantary ze sznurków, lecz byłoby głupio, gdybym wręczył jej coś, co już posiada. Wtem wpadłem na pomysł, aby zaprosić ją do siebie na seans filmowy przy dobrym jedzeniu i ciekawych kryminałach, a wątpię, by kobieta, która nosi glany i słucha metalu chciała pójść do kulturalnej restauracji.. Z resztą sam za czymś takim nie przepadam.
Gdy pomysł wyglądał dobrze, wróciłem się do domu, aby trochę doprowadzić go do porządku, co nie trwało długo ze względu na codzienne sprzątanie. Już po godzinie dziesiątej mogłem udać się do stajni, aby zając się Samaelem.
Na miejscu zastałem pusty parking, co świadczyło o braku dyrekcji jak i części stajennych. Pewnie coś im wypadło lub jest wczesna pora, choć mogę się mylić. Po zamknięciu pojazdu, spokojnym krokiem udałem się do bliźniaczej stajni, gdzie zastałem chyba wszystkie konie w boksach, zaś sam Samael wystawił łeb przez drzwiczki boksu i zarżał pytająco, a przynajmniej tak to brzmiało. Wróciłem się do siodlarni, skąd zabrałem kantar i linkę, aby wyposażyć w to wałacha i wyprowadzić go z boksu w celu wyczyszczenia jego samego oraz miejsca pobytu.
  Gdy boks był już czysty i pachnący, a wałach lśnił i błyszczał, założyłem na niego jego ulubioną derkę, aby zaraz wyprowadzić go na padok, gdzie o dziwo lubi przebywać. Po odpięciu linko od jego kantaru, ten pognał po trawiastym podłożu i czujnie obserwował dwa obecne tutaj konie. Ja zaś skierowałem się do Arenisa, który jak zwykle stał spokojnie w swoim boksie. Ucieszył mnie fakt, że ogier przybrał trochę masy, a jego sierść powoli nabierała życia, co świadczyło o jego dobrym stanie zdrowia. Czas jednak było go w końcu dokładnie oporządzić, przyciąć poplątaną grzywę wraz z ogonem oraz dokładniej wyczesać. Wróciłem się więc do siodlarni, gdzie zastałem czarny kantar dla Arenisa, który zrobiła Thejla i przyznam, że wyglądał świetnie. Zabrałem owe cudeńko oraz linkę, aby wyprowadzić ogiera z boksu i przywiązać do drzwiczek obok. Również tutaj posprzątałem boks i zająłem się oporządzaniem zimnokrwistego, ponownie zdejmując z siebie kurtkę, którą zawiesiłem na haczyku obok.
  Mając połowę czyszczenia za sobą, stanąłem naprzeciwko Arenisa, aby chwilę odpocząć i napić się wody z niewielkiej butelki. W tym też momencie usłyszałem spokojne pukanie do drzwi stajni, zaś zaraz w nich pojawiła się Thejla.
- Tak myślałam, że Ciebie tutaj spotkam - rzuciła brunetka witając mnie uśmiechem.
- Akurat czyściłem Arena - odparłem odwzajemniając gest.
- Domyśliłam się - podeszła bliżej i pogładziła ogiera po szyi - Wygląda znacznie lepiej.
- Szczególnie w kantarze od Ciebie - powiedziałem, co mogło zabrzmieć trochę jak podryw, lecz nic z tych rzeczy - I ogólnie chciałbym Ci podziękować za wczorajszą opiekę nad wałachem oraz za ten kantar. Dla tego też mam propozycję dla Ciebie.. - zerknąłem na brunetkę - Co Ty na wieczorny seans filmowy przy dobrym jedzeniu, u mnie w domu? - zaproponowałem - Oczywiście nie musisz się zgadzać, bo kto wie, może zamknę Cię piwnicy - dodałem podśmiechując, co brunetka również zrozumiała.

Thejla? No chodź ( ͡° ͜ʖ ͡°)




1205 słów = 340$

Od Sheeny cd. Od Thomasa

... we łzach. We krwi. Wśród rozbitego szkła. Oparta o przewrócony fotel.
Zszokowana, bo we łzach, we krwi, wśród rozbitego szkła, oparta o przewrócony fotel. A on tam stoi. Zatrzymał się w progu i tylko patrzy. Patrzy, jakby właśnie był świadkiem jakiejś zbrodni. A to tylko ja.
We łzach, we krwi, wśród rozbitego szkła, oparta o przewrócony fotel.

Jest w roku kilka takich dni. Dni, które przywołują wspomnienia. Zazwyczaj staram się od nich uciec, bo wiem, że nie potrafię nad nimi zapanować. Budzą we mnie małą, wystraszoną dziewczynkę, która zdaje sobie sprawę, że się zgubiła. Jest sama, a jego już nie ma. Nigdzie nie widzi tej jednej, jedynej twarzy, która wyróżni się spośród tłumu jej podobnych. Wszyscy są tacy sami, a jej już nie ma. Jego już nie ma.
To jeden z tych dni. Kolejny raz próbuję przezwyciężyć w sobie ten strach, złamać blokadę, która nadal we mnie tkwi. Właśnie dlatego w ten słoneczny poranek, gdy ptaki śpiewały za oknem, a powietrze wypełnione było zapachem lasu, wyciągnęłam z szuflady klucz. Z pozoru zwyczajny metalowy przedmiot, który dla mnie był symbolem tego starcia. Walki z wspomnieniami i traumą.
Otworzyłam drzwi. TE drzwi. Drzwi do pokoju, który przez większość czasu pozostaje zamknięty. I na początku wszystko było dobrze. Zatrzymałam się w progu i patrzyłam na jasne ściany, drewnianą podłogę, łóżko na środku pomieszczenia. Szafy, na których stały nagrody za sportowe osiągnięcia... Pierwsze ukłucie. Zaciśnięte gardło, ale oddycham głęboko. Tym razem się uda.
I udało się. Pierwszy etap mam za sobą. Zazwyczaj tutaj już wychodziłam, oddychając nerwowo, zatrzaskując drzwi i zamykając je na klucz.
Robię krok do przodu.
Wszystko pokrywa kurz. Przecież nie mogę tutaj wejść, a co dopiero spędzić na tyle czasu, żeby posprzątać. Rozglądam się. Widzę oprawioną w ramkę zieloną koszulkę z numerem 12 i nazwiskiem Carrick. Głęboki oddech.  Następny krok. Bosa stopa dotyka dywanu. Jest przyjemny w dotyku. Skupiam na tym swoją uwagę. Dywan nie przywołuje wspomnień, ale jest przyjemny. Oddycham głęboko i robię kilka szybkich kroków do okna. Za oknem las. Widok, który musiał widzieć kiedy budził się rano. Las, w którym spędziliśmy razem tyle czasu... Serce bije mocniej, w gardle znów ucisk, cofam się, trafiam w szafę, chwieje się. Odwracam się gwałtownie, żeby złapać przewracające się przedmioty. Ramki. Zdjęcia. Na większości ja. Sama lub razem z nim. Jego twarz. Ten uśmiech. Cieszyłam się kiedy znów zaczął się uśmiechać.
Łzy napływają do oczu, zbyt wiele wspomnieć, są zbyt silne, nie radzę sobie z nimi. Trzymam w dłoni jedno ze zdjęć, musiałam być wtedy w liceum. Nie. To było później, chyba już na studiach. Zbyt wiele wspomnień, czuję ten ucisk w gardle. Pierwsza łza spływa po policzku, czuję sól, kąciki ust drgają, zaczynam drgać. Jestem słaba, sama, taka słaba. Nigdy nie pokazuj słabości.
Wychodzę, nie dam rady, idę do drzwi, sięgam po klucz. Nadal mam w dłoni do zdjęcie, nie nie będę na nie patrzeć. Jestem słaba i to budzi we mnie gniew. Szklana ramka roztrzaskuje się o podłogę, kiedy nią rzucam. Mackie ucieka gdzieś w popłochu, niech ucieka, drzwi są otwarte. Niech na mnie nie patrzy, nawet ona.
Zamykam ten pokój, ten przeklęty pokój. Rzucam kluczem o ścianę. Nadal gniew. Słabość i gniew. Nie jestem słaba, muszę to sobie udowodnić. Kopię stojący obok fotel. Przewraca się pokonuje dwa metry i zatrzymuje pośród fragmentów szkła. Upadam na kolana, na ręce. Ranię się o odłamki, ale co to zmienia? Łzy mieszają się z krwią, opieram się o przewrócony fotel i łkam.

A on tam stoi. Zatrzymał się w progu i tylko patrzy. Patrzy, jakby właśnie był świadkiem jakiejś zbrodni. A to tylko ja. Słaba. Zagubiona jak mała dziewczynka. Nienawidzę okazywać słabości. Nigdy nie okazuj słabości. Ale to ja. To tylko ja.

Thomas?
610 słów = 120$

17.03.2019

Od Thomasa cd. Od Sheeny

Gdybym nie miał dłoni usmarowanych olejkiem lawendowym, zapewne złapałbym się za głowę. Sheena to skomplikowana osóbka. Zna cię? Nie ma problemu żeby z tobą porozmawiać. Zna cię dobrze? Nie ma problemu, żeby bez zapowiedzi wbić do gabinetu i obudzić cię z drzemki uderzeniem w twarz… Tak. Ale jeżeli spotka kogoś obcego, staje się jak leśna zwierzyna. Czujna, nieufna i płochliwa. Czasem wydaje mi się, że proces jej socjalizacji nie przebiegł zbyt pomyślnie… Szczególnie jeżeli chodzi o panowanie nad emocjami.
-Czyli jedyne co chcesz zrobić to dać mi te teczki i odejść w spokoju? – zapytałem po chwili ciszy.
-Byłoby miło, ale musiałeś macać konia z użyciem jakichś olejków. – warknęła.
Spojrzałem na nią z wyrzutem, mrużąc oczy.
-Naprawdę mogłem umyć ręce w stajni. – zauważyłem.
-Nawet. Nie. Próbuj. – wypowiedziała przez zaciśnięte zęby.
-Bałaś się z nim zostać. Rozmawiać z nim.
-Włączył ci się tryb Sherlocka?
-Uwierz, nie potrzebny tu jest Sherlock. Nie jesteś tak skomplikowana jak ci się… - zacząłem i za późno zdałem sobie sprawę z tego, z kim pogrywam.
Zatrzymała się. Zacisnęła powieki, zęby, pięści. Cała napięta. Są takie momenty, że czujesz, że trzeba uciekać. Organizm mówi ci: „stary, to nie miejsce dla ciebie, jak nie chcesz oberwać, zwiewaj”. Mimowolnie się cofnąłem, jakby Sheena miałaby być co najmniej ładunkiem wybuchowym.
-Ciekawe spostrzeżenia. – powiedziała w końcu wypuszczając z płuc powietrze.
Ostentacyjnie podniosła w górę teczki. Otworzyłem szerzej oczy z przerażenia. DOKUMENTY, MOJE DOKUMENTY. Wziąłem wdech, aby odezwać się, może krzyknąć, ale cenne papiery upadły na ziemię, a ruda odeszła szybkim krokiem, nie odzywając się słowem. To musiała być ciekawa scena, jeżeli ktoś oglądał ją z boku. Przecież nic takiego nie powiedziałem, a ona tylko upuściła jakieś kartki. Mam coś w sobie, że Sheena potrafi wypaść z równowagi po moich nic z pozoru nie znaczących słowach.
Stałem nad dokumentami, patrząc na nie z żałością. Lekceważąc w końcu tłuste dłonie, podniosłem je i westchnąłem. Poszedłem do gabinetu, żeby się nimi zająć. Usiadłem w biurowym fotelu, położyłem je przed sobą i pochyliłem się nad nimi. Oczywiście moje myśli musiały być zajęte przez Sheenę. To wyjątkowy dla mnie stan. Siedzieć przy pracy i nie myśleć o pracy.
-Co ja takiego robię, że aż tak ją denerwuję? – zapytałem sam siebie unosząc dłonie w geście beznadziei.
Dobra. Koniec tego. Mam przecież pracę do zrobienia…

Udało mi się wstać wyjątkowo wcześnie jak na moje standardy. Promienie wschodzącego słońca postanowiły bombardować moje oczy. Oczywiście, nie zasunąłem wieczorem żaluzji. Wstałem i wydostałem się z zasięgu drażniącego światła. Pościeliłem natychmiast łóżko, dbając o to, żeby pościel była idealnie prosto. Zszedłem do kuchni i postawiłem wodę na herbatę. Spojrzałem na kalendarz wiszący na ścianie i zmarszczyłem brwi. Dzień św. Patryka. Zapomniałem zupełnie o tej dacie, bo przecież nigdy nie obchodziłem jej jakoś szczególnie. W okolicy nie było zbyt wielu Irlandczyków, którzy w innych miastach wraz z innymi świętowali na ulicach i w domach. W sumie to znam tylko Sheenę. No właśnie. Chyba przydałoby się z nią porozmawiać. Zapewne obraza szybko by u niej minęła, ale czułem taką potrzebę. Tak… jakoś. Chociażby żeby uświadomić jej, że właśnie jest skomplikowana. Zbyt komplikuje sobie relacje z innymi ludźmi i nie mogę się w niej połapać.
Dokończyłem swoją codzienną, poranną rutynę i przysiadłem na kanapie. Nadal było dość wcześnie i nie chciałem odwiedzać rudej o takiej godzinie. Z przyjemnością sięgnąłem więc po książkę i puściłem delikatną muzykę. Zawsze coś przydatnego. Przecież trzeba być produktywnym…
Około południa ubrałem się cieplej, zamknąłem dom i wsiadłem do samochodu. Sheena popełniła ten błąd, że zdradziła miejsce swojego zamieszkania. Dojazd nie zajmował zbyt wiele czasu. Po kilku minutach jechałem już drogą w otoczeniu lasu, by w końcu zauważyć niewielki drewniany dom.  Zaparkowałem, wysiadłem z auta i skierowałem się do drzwi. Na ławce na tarasie leżała kotka dziewczyny, Mackie. Otworzyła oczy i przeciągnęła się, bacznie mnie obserwując. Uśmiechnąłem się delikatnie na jej widok. I podniosłem rękę, aby zapukać. Drzwi były jednak uchylone. Jasne to nieuprzejme, żeby tak wchodzić bez zapowiedzi, ale jak zdążyłem już wspomnieć… Sheena ciągle mi tak robiła i nie okazywała skruchy, nawet jeżeli postanowiła mnie obudzić dość efektownym uderzeniem. Nie śpię aż tak głęboko, rozumie się? Wystarczy się odezwać… Ale niektórym nie wytłumaczysz. Wracając jednak do uchylonych drzwi…
Tak. Wszedłem do środka bez pukania. Pewny siebie, co było bardzo inteligentnym posunięciem zwłaszcza, że ruda już była na mnie obrażona. Ale cóż. Nawet nie podejrzewałem, że znajdę się w tak beznadziejnej sytuacji. Zauważyłem bowiem przed sobą Sheenę taką, jakiej jej jeszcze nie spotkałem. Serce zabiło mi mocniej, poczułem, że ściska mnie w gardle. Wiedziałem, że to będzie trudna rozmowa… Przede mną stała ona. Zupełnie zszokowana, bo…

[Sheena?]
Realizacja planu przebiega pomyślnie Grafiku.

Od Rein do Jamesa

Tak jak zaplanowałam, po treningu miałam idąc się do miasta. Znajdowało się tam biuro zatrudnienia. Za biurkiem siedziała tęga, starsza kobieta o czarnych włosach. Była zajęta jedzeniem chińszczyzny z kartonowego pudełeczka i bynajmniej nie była zainteresowana moją obecnością.
— Przepraszam bardzo. — Odważyłam się odezwać, bo pracownik na pewno nie był w humorze na klientów.
— Czego?
Otworzyłam usta ze zdziwienia i nie mogłam pozbyć się uczucia zaskoczenia po tym, jak zostałam potraktowana. Nie chodzi o to, by wszyscy traktowali mnie jak księżniczkę, wymagam tylko szacunku, jaki przysługuje wszystkim istotą żywym.
— Szukam pracy — zaczęłam powoli, bo nie byłam pewna, czy kobieta tu pracująca faktycznie tu pracowała. — Jest takie etat związany z biologią w okolicy? Tak naprawdę to może być cokolwiek. Kasjer w konie?
Musiałam brzmieć wystarczająco żałośnie, bo pracownik w końcu na mnie spojrzał. Pokręciła głową, od razu dając znać, że nic tutaj nie znajdę.
— Nic, a nic?
Prychnęła, że nie zrozumiałam odmowy. Wtedy usłyszałam dzwonek w przy drzwiach za moimi plecami. Odwróciłam się i znalazłam się tuż naprzeciw Jamesa Silvera.
On również się na mnie patrzył, jakby nie wierząc, że znowu na siebie wpadliśmy.
— Ja... — zająknął się.
Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem i szybko opuściłam mały pokój, bo zaczynało się robić nieswojo. Na parkingu stał mój Jeep, czerwona bestia, która tylko po pociągnięciu za klamkę zaczynała wyć. Szukałam kluczyków, kiedy je wyciągnęłam, oczywiście mnóstwo czasu zajęło, zanim dźwięk ustał. Zrobiłam się czerwona na twarzy z zażenowania. Nie lubiłam gdy takie rzeczy zdarzały mi się publicznie.
— Hej, hej, hej, niech pani zaczeka — krzyknął ktoś za mną, kiedy miałam już zamiar wsiąść do auta.
Rozejrzałam się i napotkałam tylko jego, nadal ubranego w brudne jeansy i koszule w kratę, Jima. Stajennego z Heaven Horse. Już w mojej głowie zrodziła się myśl, że coś się stało Delight, a on, jako chłopiec na posyłki został wysłany, by mnie o tym poinformować.
— Tak? — Starałam się nie pokazać, jak bardzo mój głos drży.
— Przypadkiem usłyszałem, że szuka pani pracy. Tak się składa, że moje siostry będą niedługo zdawać na studia i...
— Szuka pan korepetytora? — mruknęła, bo taka praca nie była spełnieniem moich marzeń.
Dopiero teraz dostrzegłam w jego oczach prawdziwe zatroskanie o edukacje rodzeństwa. Pieniądze nie rosną na drzewach, ale jednocześnie moi rodzice ciagle mnie dofinansowują. Nie podejrzewałam, by stajennego było stać na płacenie mi krocie. Jednak, czy to nie ja jeszcze jakiś czas temu mówiłam, że chce uczynić coś dobrego na tym świecie?
— Pewnie się pani zastanawia, czy to opłacalne. Zapewniam, że mój ojciec da godziwe wynagrodzenie.
— Skąd pewność, że umiem uczyć tego, co potrzebują pana siostry?
— Dowiedziałem się w stajni, że studiowała pani biologię. Tym bardziej nalegam, że... Po prostu widać, że wie pani o co biega.
Zaczął się gubić w swoich słowach i ze zdenerwowania międlił kartkę w ręku. Położyłam delikatnie dłoń na jego palcach, które rwały już niemal na strzępki rachunek. Miał to być uspokajający gest, bez żadnych zobowiązań, jakim darzy przypadkowa osoba innego, nowo napotkanego mężczyznę. Poczułam jednak dreszcze, w momencie zetknięcia z jego skórą, a on spuścił wzrok.
— Zgoda — odparłam, zabierając rękę i krzyżując je na klatce piersiowej. — Kiedy zaczynam?



James? 

505 słów = 100$

Odejście

Z dniem dzisiejszym żegnamy Sophie


Powód: Brak czasu.
Pamiętaj, że zawsze będziesz mogła do nas wrócić ^^

~Administracja SHH

16.03.2019

Od Sheeny cd. Od Thomasa

Upiłam łyk herbaty i jeszcze raz spojrzałam na otworzone w galerii zdjęcie. Na moim biurku walały się długopisy, pomięte kartki, kluczyki i kto wie co jeszcze, a pośród tego wszystkiego aparat. Już od kilkudziesięciu minut stopniowo odrzucałam kolejne zdjęcia, by w końcu wybrać te najlepsze. Nigdy nie szło mi dobrze ocenianie własnej pracy, ale na propozycję przejrzenia fotografii i wybrania tych, które trafią na stronę, moja przełożona odpowiedziała kategorycznym nie, a następnie wróciła do prowadzonej rozmowy telefonicznej. Jej męża nie było, Thejla wyruszyła Bóg wie gdzie i Bóg wie na którym koniu, więc zostałam jedynym człowiekiem, który miał coś do powiedzenia na ten temat. Nie miałam co robić, więc poszerzając moją kolekcję folderów o jeszcze kilka, szufladkowałam zdjęcia. W końcu odetchnęłam głęboko, odchyliłam się na biurowym fotelu i podniosłam ręce w niebiosa.
-Koniec. Dziękuję. - powiedziałam głośno.
Wstałam i spojrzałam na majestatyczny pomiot pierwotnego Chaosu, który zagościł na moim biurku. Miałam ochotę jednym ruchem ręki wrzucić do wszystko do szuflady, ale w końcu zaczęłam porządkować swoje rzeczy. Kiedy doprowadziłam to do odpowiedniego jak na moje standardy stanu, wyszłam z biura, żeby sprawdzić, czy może pani Camanera nie ma chwili wolnego czasu. Zeszłam na parter, przeciągając się po drodze. Drzwi do administracyjnego centrum stadniny były otwarte na oścież i nie dobiegały stamtąd żadne głosy, więc pewnie wkroczyłam do środka. Na moje szczęście zastałam tam właścicielkę.
-To znowu ja. Właśnie skoń... - zaczęłam, ale szefowa nie dała mi dokończyć.
-O, świetnie, że jesteś. Mam tu papiery, zanieś je Thomasowi do biura. Mogę cię oto prosić? - zapytała, uśmiechając się serdecznie.
-Oczywiście... - odparłam, odwzajemniając uśmiech, choć w moim wykonaniu mógł wyglądać dość sztucznie.
-Wielkie dzięki. - powiedziała i podała mi kilka teczek.
-Wracając, właśnie skończyłam przeglądać te zdjęcia i wybrałam.. - spróbowałam znowu, ale właśnie wtedy zadzwonił telefon.
Pani Camanera odwróciła się w jego stronę i błyskawicznie po niego sięgnęła.
-Wybacz Sheena, to ważne, muszę odebrać.
-Rozumiem...  -westchnęłam. - To ja pójdę i pokażę pani jak wrócę.
Skinęła głową i odebrała, a ja szybko opuściłam jej biuro. Leniwie spojrzałam na teczki, ale nic szczególnego nie było na nich napisane, więc porzuciłam chęć ich przejrzenia. Priorytet był jeden i był nim pewien weterynarz z westernu. No dobra. Zimą nie przypominał Chucka Norrisa. Już odbyłam z nim rozmowę na temat tego, dlaczego kowbojki nie są obuwiem na zimę. Poza tym, nie był zawadiacki kiedy odmarzały mu palce.
Oczywistym dla mnie posunięciem było skierowanie się do jego gabinetu. Spędza tam większość czasu, a ponadto wcale mu to nie przeszkadza. Ubrałam, więc kurtkę i szybkim krokiem wyszłam na dziedziniec. Dotarcie na miejsce zajęło mi raptem chwilę. Chwyciłam za klamkę i.... Oczywiście. Będzie siedział tam całymi dniami, ale kiedy akurat jest potrzebny musi się gdzieś włóczyć. Westchnęłam i w beznadziei machnęłam ręką.
-Teraz szukaj igły... - mruknęłam i rozglądnęłam się dookoła. Nie widziałam go nigdzie.
Szybka dedukcja i już szłam w kierunku biura. Zajrzałam przez okno do kuchni, ale i tam go nie było. Zauważyłam jednak Thejlę, więc zapukałam w szybę. Zmarszczyła brwi i podeszła, żeby otworzyć okno.
-Czego? - zapytała.
-Toma. - odparłam pokazując trzymane w dłoni teczki. - Toma szukam, nie widziałaś go nigdzie? 
Wzruszyła ramionami. 
-Podobno coś się działo w stajni szkółkowej, pewnie tam działał. - oznajmiła, a ja westchnęłam.
-No dobra. Idę go szukać. - mruknęłam.
-Powodzenia. - usłyszałam tylko za sobą.

Po fascynującym śledztwie, poczynając na odwiedzeniu miejsca krwawej zbrodni, a kończąc na przesłuchaniu jego świadków, dowiedziałam się, że Tom wyszedł z biura i poszedł w kierunku bliźniaczych stajni. Podążyłam jego śladem i w końcu go ujrzałam. Musiał się świetnie bawić, bo właśnie wcierał coś w konia w towarzystwie jakiegoś Azjaty.
-Tooom. Nie żeby coś, ale akurat po tobie spodziewałam się, że… Co wy tak właściwie, robicie? – zapytałam po chwili.
Odpowiedział mi rozbrajający uśmiech weterynarza.
-Właśnie wmasowywałem olejek lawendowy w pysk konia, którego właścicielem jest oto jegomość. Poznajcie się. Taehyung – Sheena, Sheena – Teahyung.
Powiedział to tonem, którego się spodziewałam. Szczery, niewinny. Uśmiechnięty Azjata zbliżył się do mnie i podał dłoń. Uścinęłam ją siląc się na przyjazny wyraz twarzy.
-Wybaczcie, w takim razie, że przerywam, ale są papiery dla ciebie, Tom. - oznajmiłam, a ten widocznie się poruszył. Prawie jak kot, któremu rzucisz zabawkę. 
Podszedł do mnie, a ja wyciągnęłam w jego kierunku rękę z teczkami.
-Nie, nie, nie... Poczekaj. - pokazał tłuste od olejku dłonie.
-No tak... - westchnęłam głośno.
-Zaraz przyjdę, tylko umyję ręce. - zaproponował.
Na samą myśl zostania sam na sam z nieznajomym Taehyungiem, otworzyłam szerzej oczy i niewiele brakło, żeby moje usta otwarły się ze zdziwienia.
-Nie. Chodź. Pójdziesz do biura, tam umyjesz ręce i zajmiesz się w spokoju dokumentami. - zaproponowałam radośnie i nie czekając na odpowiedź, popchnęłam go w kierunku drzwi.
-Pa... Tae... Wybacz, że go ci zabieram, muszę z nim porozmawiać po drodze, rozumiesz.. - zaczęłam się nerwowo tłumaczyć, idąc tyłem w kierunku drzwi i przez cały czas pilnując, żeby weterynarz szedł ze mną. 
W końcu zniknęliśmy za drzwiami stajni i ruszyliśmy ścieżką. Odetchnęłam z ulgą i podniosłam głowę, żeby spojrzeć na wyższego ode mnie Toma. Był wyraźnie zdezorientowany. Patrzył tak na mnie, a ja tylko zmarszczyłam brwi i wzruszyłam ramionami. Otworzył już usta i wziął wdech, żeby się odezwać, ale uprzedziłam go.
-Śpieszę się, nie chcę się tłumaczyć przed obcym, nie obchodzi mnie co robiłeś i tak wiem, że chcesz już to przeczytać. - powiedziałam na jednym tchu, a Tom zamknął usta i zamrugał.
-Acha. - odezwał się w końcu. - Mogłem się tego spodziewać.
Spojrzałam na niego zażenowana podnosząc jedną brew.
-Doprawdy?


Tom?

886 słów → 160$

Od Jamesa

Zaspany zszedłem na dół, starając się nie spaść na żadnym ze śliskich schodków. Mojego ojca i brata już nie było, za to przy stole siedziały dwie, roześmiane siedemnastolatki. Podszedłem najpierw do Jelly, całując ją w czubek głowy, a potem poczochrałem blond włosy Patty.
— Odwieziesz nas do szkoły? — zapytały pełne nadziei, że nie będą musiały iść na autobus.
Pokręciłem głową. Chciałem dzisiaj wcześniej stawić się w stadninie, przez nowych jeźdźców mam ręce pełne roboty. I jak sama praca mi nie przeszkadzała, obawiałem się, że doba może nie mieć wystarczającej liczby godzin.
— Tylko na przystanek.
Mruknęły coś niezadowolone, a ja poszedłem się umyć i ubrać, by zaoszczędzić jak najwięcej czasu. Po półgodzinie wszyscy siedzieliśmy w moim starym, czerwonym jeepie, popijając gorącą czekoladę z papierowych kubeczków. Dzisiaj było wyjątkowo ciepło, ale moje przezorne siostry i tak postanowiły owinąć się szalikiem, a na swoje puste głowy założyć czapki.
— Powiedz nam, Jim, poznałeś już jakąś uroczą pensjonarkę? — zagadnęła Jelly, kiedy wjechałem na główną drogę do miasta.
— Tak, bierzemy jutro ślub, będziemy mieć trojkę dzieci i stadko kucyków — odburknąłem, bo któraś z bliźniaczek przynajmniej raz w tygodniu zadawała mi tego typu pytanie.
Odstawiłem je na pętle, skąd mogły wybrać jeden z dwóch autobusów i w ciągu dwudziestu minut znaleźć się w swoim liceum. Dziwnie się czułem z tym, że są ode mnie dziesięć lat młodsze. Nasza mama zmarłą przy ich porodzie. A właściwie, miał to być prosty poród jednego chłopca. Rodzice nigdy nie inwestowali w lekarzy, czy jakieś tam USG, jeśli nie musieli. Oszczędzali przy każdej okazji i wolałem nie myśleć, że przez to mama przepłaciła życiem.
Jednakże, teraz nasz ojciec wyjechał za granice, by pracować w jednej ogromnej stadninie, zamiast jeździć po okolicznych małych. Wysyłał nam pieniądze, ale to nie to samo, co mieć go obok. Jason, starszy o rok ode mnie, wyprowadził się do centrum, do swojej dziewczyny, by mieć lepszy „status” na torze.
Zajechałem pod stadninę tuż po ósmej, droga mi się jednak nieco wydłużyła. Zostawiłem na parkingu samochód i wpadłem do pierwszej z prywatnych stajni, by zobaczyć na rozpisce, jakie zajęcia na dzisiaj mi przygotowano.
Poza posprzątaniem boksów i karmieniem, większość koni miała trafić na padoki albo karuzele. Zabrałem pierwszą parę z dwóch boksów, umieszczając ich na oddzielnych placach. Teraz tylko wystarczy, że wyrzucę cały gnój i naniosę ściółkę. Posprzątanie wszystkich boksów zajęło mi ponad dwie godziny. Kiedy z tym skończyłem, dałem siana i przeniosłem się do stajni prywatnej numer III, jako że w drugiej nikt nie stacjonował.
Po drodze minąłem blondynkę, wysoką i wyraźnie zamyśloną. Odniosła kantar do siodlarni i ponownie mnie minęła, wiec poczułem się głupio, że się nie odezwałem.
— Dzień dobry, pani.
Chociaż też trzymałem tu konia, to tylko dlatego, że jako pracownik było to łatwiejsze w utrzymaniu, niż w jakiejś innej stajni. Nie musiałem dojeżdżać, bo i tak byłem w pracy, a boks mogłem sprzątać samemu, kiedy mi się zachce. Nie uważałem, że jestem na równi z bogatymi, rozpieszczonymi dzieciakami, które tutaj jeździły. Oczywiście, nie wszyscy tacy byli, jednak z szacunku i ze strachu o swoją posadę, zawsze kłaniałem się nisko napotkanym osobą.
Tej oto dziewczyny przede mną nie znałem. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia lat. Kiedy się przywitałem, omal na mnie nie wpadła, tak, że wolną ręką (w drugiej dzielnie dzierżyłem widły) musiałem ją złapać, bo uderzyłaby się o kraty boksu.
— Och, witam — rzekła, wydaje mi się, że urzeczona tym, jak się do niej zwróciłem. — My się chyba nie znamy.
Spojrzała na narzędzie, które trzymałem i zrozumiała, na kogo patrzy. Opuściłem dłoń z jej ramienia, bo ciągle ją przytrzymywałem. Jestem pewien, że teraz, kiedy zobaczyła moje brudne spodnie (ścigałem cholerną tarantke po całym padoku i wpadłem w wielką kałuże) oraz umorusaną twarz, straci ochotę na jakiekolwiek kontakty ze mną.
— Ma pan tutaj odrobinę… — nie dokończyła, bo wzięła rąbek swojego rękawa i przejechała po plamce z błota.
„Pan”. Nikt się tutaj do mnie tak nie zwracał. Wołali albo „Jim”, albo „Silver”. Przy czym, nigdy nie wiedziałem, czy chodzi o mnie, czy o konia. Pracowałem tutaj trzy lata i nigdy nie poczułem się tak w domu, jak w chwili obecnej.
— Owszem, nie znamy się — podjąłem jej poprzednią myśl. — James Silver, dla przyjaciół Jim.
Uśmiechnęła się i odparła, poprawiając włosy. Dopiero teraz spostrzegłem, że ma w nich różowe pasemka. Pasowały jej.
— Rein, wystarczy Rein.
Zmarszczyłem brwi. Rein w stajni jest tylko jedna i o ile się nie mylę, ma na nazwisko Marshall. Przyjechała dwa lub trzy dni temu.
— To pani klacz dzisiaj przeciągnęła mnie w tą i z powrotem po padoku — fuknąłem, chociaż zaraz się strofowałem, bo nie chciałem, by zabrzmiało to, jakbym ją oskarżał.
Otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia, widać kolorowe diabelstwo w stosunku do niej jest milusie i kochane. Na pewno nie to, co mój wierzchowiec, któremu nie chce się na padoku nawet brykać.
—To bardzo energiczny koń — sprostowałem, bo poczułem się winny, że tak na nią naskoczyłem.
—Jest pan niewątpliwie spostrzegawczy — odparła.
Zazwyczaj nie mam problemu z odganianiem intencji drugiej osoby, nawet po krótkiej wymianie zdań. Ona była inna, nieszablonowa. Nie wiedziałem, czy sobie stroi ze mnie żarty, czy też powiedziała to z czystej uprzejmości.
— Och, nie, nic podobnego. Spostrzegawczość nie polega na znalezieniu pieniążka na ulicy. Spostrzegawczość to zobaczenie osób, które się już kiedyś spotkało w tłumie tysiąca twarzy.
— Cóż za celne spostrzeżenie, pani Silver.
Uśmiechnęła się i odeszła, pozostawiając mnie w krótko mówiąc, bardzo nieprzyjemnym uczuciu, że z przyjaźni z nią wyniknął kłopoty. Szczególnie, że dziewczyna jak ona zawróciła w głowie niejednemu.



900 słówek = 180$

15.03.2019

Od Any

Oparłam zmęczona głowę o kierownicę mojego jeepa. Kolejny korek. A mówiłam Liamowi, że jeśli nie wyjadę w tygodniu, droga do Southville zajmie mi co najmniej dwa razy więcej czasu niż normalnie...
Mniej więcej w momencie, gdy światło w końcu zmieniło się na zielone, kula futra przeskoczyła między oparciami foteli i wylądowała na przednim siedzeniu. Rzuciłam szybkie spojrzenie w bok, żeby ustalić, który pies odważył się opuścić wyznaczone im miejsce z tyłu. Luna. No jasne. Sekundę później drugi, zdecydowanie większy od niej Tamaskan zdecydował się do niej dołączyć. Oczywiście nie miał szans się zmieścić w ograniczonej przestrzeni jeepa, dlatego ostatecznie połową ciała był z przodu, połową z tyłu. Krótkie spojrzenie na trzeciego psa utwierdziło mnie w przekonaniu, że i on próbuje dostać się do przodu.
- Archer, do tyłu - rzuciłam ostro, odpychając go dodakowo dla podkreślenia komendy. Spuścił uszy po sobie i wykonał polecenie. - Luna, na miejsce - suce zajęło trochę więcej czasu zarejestrowanie, że do niej mówię, ale ostatecznie i ona posłusznie zniknęła na tylnym siedzeniu.
Zanim dotarłam w końcu do Southville, był wczesny wieczór. Spojrzałam na niewielki ekran przy lusterku wstecznym, który wyświetlał obraz z przyczepy. Cazurro nie wyglądał na zadowolonego długą drogą, co chwilę dreptał w miejscu i wyglądał na zewnątrz przez niewielkie okienko w ścianie przyczepy.
Uznałam, że najlepiej będzie najpierw pojechać do stadniny. Włączyłam kierunkowskaz i na skrzyżowaniu skręciłam na odpowiednią drogę. Przejechałam raptem parę metrów, gdy rozdzwoniła się moja komórka. Odebrałam, nie sprawdzając numeru.
- Da? - rzuciłam do słuchawki.
- Ana - natychmiast rozpoznałam głos. Cole. - Czy mi się wydaje, czy właśnie przed moim domem przejechał twój wściekle czerwony samochód?
- Prawdopodobnie ci się nie wydawało - zaśmiałam się. - Właśnie przyjechałam.
- Zatrzymaj się, zaraz do ciebię dobiegnę. Nie dał mi możliwości odmowy, bo natychmiast się rozłączył.
Zatrzymałam się przy krawężniku i wysiadłam z samochodu, psy zostawiając w środku, ku ich niezadowoleniu, które zamanifestowały głośnym szczekaniem. Nie musiałam długo czekać, nim zobaczyłam mojego przyjaciela na horyzoncie.
- Cole! - uśmiechnęłam się promiennie, machając do niego.
- Ana - objął mnie przyjacielsko. - Znowu urosłaś? - odsunął się i zmierzył mnie bacznym spojrzeniem. - Jeszcze trochę i będziesz wyższa ode mnie.
- Bez przesady, już nie rosnę - otworzyłam drzwi samochodu i ruchem głowy wskazałam jego wnętrze. - Wsiadaj, będziesz moją nawigacją. I przy okazji pomożesz mi na miejscu z Cazurro.

~•~

Na parkingu przed stadniną przywitała mnie pani Elizabeth Camanera, jak się później przedstawiła. Sprawnie wytłumaczyła mi co i jak, oraz zaproponowała szybką wycieczkę po terenie.
- Ale najpierw zajmijmy się twoim koniem - zaproponowała.
Podczas gdy ja weszłam do przyczepy i odwiązałam Cazurro, Cole i Elizabeth opuścili platformę. Zawróciłam ogiera i wyprowadziłam na zewnątrz.
- Łał - usłyszałam głos pani Elizabeth za plecami. - Niesamowita maść.
- Prawda? - Cole jak zawsze nie mógł odpuścić sobie komentarza co do niecodziennego wyglądu mojego konia. - A jakie miałby źrebaki...
Przestałam słuchać reszty jego wywodu, a skupiłam się na Cazurro, który akurat w tym momencie postanowił zacząć kłusować. Szarpnęłam za uwiąz, żeby go uspokoić, ale wywalczyłam tylko tyle, że skrócił krok tak, że nie musiałam za nim biec.
- Cole, wypuść sforę - rzuciłam przez ramię. - Tylko weź Archera na smycz, powinna być w schowku - od razu zwróciłam się do właścicielki i zapytałam, uśmiechając się przyjaźnie - Nie ma problemu, żebym przychodziła ze swoimi psami? Rozmawiałyśmy już o tym co prawda, ale wolę się upewnić...
- Jasne - kobieta odpowiedziała uśmiechem. Ale gdy powędrowała wzrokiem do samochodu, z którego właśnie wyskakiwał Archer, uśmiech zmienił się w wyraz zaskoczenia.
- Ale on wielki - ciężko stwierdzić, czy w jej głosie pobrzmiewał zachwyt, czy raczej lekkie zaniepokojenie. - Co to za rasa?
- Tamaskan Dog - za Archerem na zewnątrz wyskoczyła Luna, natychmiast przyskakując do mnie i Caza. Nakłoniło to w końcu ogiera do zatrzymania się, opuścił łeb i szturchnął ją pyskiem na powitanie.
- Mają coś wspólnego z wilkami?
- Nie, chociaż zdaję sobię sprawę, że tak wyglądają.
W międzyczasie naszej wymiany zdań Ghost również zdążył opuścić samochód i teraz cała trójka kłębiła się koło Cole'a. Czy raczej Archera, którego uznawały za przywódcę.
- Gdzie się kierować? - zapytałam chwilę potem właścicielki stadniny.
- To tamta stajnia - kobieta wskazała bardzo ładny budynek na planie litery T. - Poleciłam przygotować dla niego boks numer 6, jest na końcu korytarza, na lewo od wejścia.
Pani Elizabeth pokazała mi mijane przez nas po drodze budynki, opisując, gdzie co się znajduje. Opowiedziała także co nieco o moich obowiązkach jako pracownicy stadniny.
- Ponieważ jesteś tu także z powodu stażu, pokażę ci budynek weterynaryjny - zaproponowała mi, kiedy wstawiłam już Ciaputka do jego nowego boksu. - Będziesz działała pod okiem naszego weterynarza, Thomasa.
Skinęłam głową. Smyrnęłam jeszcze Cazurro po chrapach, zanim wyszłam na korytarz, żeby dołączyć do kobiety. Cole został z psami na zewnątrz.
 - Pokażę ci jeszcze szybko biuro i możesz jechać do domu się wprowadzić - zaproponowała pani Elizabeth, widząc, jak przecieram zmęczona oczy. - Bo chyba jeszcze nie zdążyłaś tam zajść, co?
- Nie było okazji - przyznałam ze śmiechem i wdzięcznością za propozycję słyszalną w głosie.

~•~

- Gdzie cię odwieźć? - zapytałam Cole'a, gdy jakieś pół godziny później siedzieliśmy w samochodzie i kierowaliśmy się z powrotem do miasta.
- Możesz tam, gdzie mnie zgarnęłaś - zaproponował. - Chociaż... nie potrzebujesz pomocy z rozpakowaniem?
- Raczej i tak nie będę się tym zajmowała dzisiaj, jestem zbyt zmęczona. Jutro na dziesiątą muszę być w stadninie, bo mam pierwszą jazdę, potem chciałam wsiąść na Caza... - zamilkłam na chwilę, kalkulując, ile czasu mi na tym zejdzie. - Może przyjdziesz o piętnastej? Pomożesz mi się ogarnąć i może wyjdziemy na miasto na kawę albo coś?
- Spoko. To jesteśmy umówieni.


 880 słów = 160$

Od Thejli cd. Kelvina

- Co zamierzacie z nim zrobić? - zapytał chłopak, gdy przyklejałam ostatni plaster do opatrunku
- Trudno powiedzieć... - westchnęłam siadając na kanapie - Jeśli mama zgodziła się żeby Ghost został, to czemu miałaby się nie zgodzić żeby drugi koń z farmy też został? - upiłam łyk herbaty
- Chyba nie będzie łatwo jej przekonać - Kelvin wyglądał na zmartwionego
- Uwierz mi. Zrobię wszystko  żeby Arenis mógł zamieszkać na stałe w Horse Heaven - uśmiechnęłam się
Na chwilę dałam się ponieść przemyśleniom. Jeśli tak łatwo było przekonać mamę żeby Ghost tu został to czemu nie spróbować z drugim? Przecież stajnia hodowlana stoi pusta, a Arenis na spokojnie mógłby zająć jeden z wolnych boksów. Patrząc na jego gabaryty jedynym rozwiązaniem byłaby właśnie ta stajnia zważając na wielkość boksów, które są przystosowane do tego żeby stały w nich klacze ze źrebiętami. Westchnęłam odstawiając kubek.
- Wymyśliłaś coś? - zapytał
- Arenis mógłby stać w pustej stajni hodowlanej. Boksy są tam na tyle duże, że mógłby spokojnie się w którymś zieścić - popatrzyłam na niego
- A jak się nie zgodzi?
- W pobliżu jest schronisko. Nie miałbyś daleko żeby go odwiedzać - powiedziałam - Lecz sama wolałabym żeby został tutaj - dodałam po dłuższej chwili widząc, że mężczyzna jest sceptycznie nastawiony do odesłania ziemniaka do schroniska
- Pójdę sprawdzić co u niego - Kelvin wstał z kanapy i zaczął kierować się do wyjącia
- Pójść z tobą? - zapytałam
- Nie trzeba - powiedział wychodząc z pomieszczenia
- Jak chcesz - westchnęłam, ale chłopak zapewne tego nie usłyszał bo już dawno go nie było
Wypiłam do końca herbatę odstawiając później kubek do zmywarki. Włączyłam urządzenie gdyż uzbierało się już wystarczająco naczyń żeby spokojnie móc je zmyć w taki sposób. Poczekałam aż zmywarka zakończy swoją pracę po czym opóściłam budynek biura.

Skierowałam się do stajni, do której kazałam Kelvinowi wstawić Arenisa. Miałam nadzieję, że jeszcze go tam spotkam. Otworzyłam drzwi budynku wchodząc prawie bezszelestnie do środka.
- Czyli jednak dobrze myślałem, że nie usiedzisz sama w kuchni - zaśmiał się Kelvin głaszcząc zimnikrwistego ogiera
- A żebyś wiedział - uśmiechnęłam się - Ten kantar nie jest na niego za mały? - zapytałam przyglądając się dokładnie pysku i łbu konia
- Może trochę. Wziąłem pierwszy lepszy, a on ma wielki łeb, więc w sumie co się dziwić
- Zmierz mu łebek to może na jutro ewentualnie na po jutrze będzie miał robiony na miarę - spojrzałam na Kelvina
- Jakiż to plan zrodził się w twojej głowie? - chłopakowi chyba o tak późnej porze zebrało się trochę na żarty
- Hmmm... Pomyślmy. W sklepie takiego wielkiego kantara w naszej wsi się nie znajdzie. Cóż bym mogła zrobić? - zaśmiałam się
- Umiesz robić kantary?
- Pleść... Z paracordu. Albo zwykłe albo ozdobne, zależy co kto chce
-  Człowiek wielu talentów
- Nie powiedziałabym. To zmierzysz mu ten łeb czy nie?
- Dobra, ale to może kiedy indziej. Jak narazie będę się zbierać do domu - chłopak spojrzał na zegarek
Po porzegnaniu z Kelvinem udałam się do domu i jak zwykle poszłam spać.


«Następnego dnia»

Po latach słuchania darcia i tak dalej nagle wzięło mnie na jakieś smęty. Od samego rana katowałam się jakimiś depresyjmymi piosenkami sama nie wiedząc czemu. Chciałam dziś jechać w teren z Roską, lecz wyszło jak zwykle. Co tylko wyszłam z domu zaczęło lać. Szybkim krokiem ruszyłam do stajni. Wchodząc do budynku przywitało mnie radosne rżenie koni. Przywitałam się ze wszystkimi, podrzucając Ghost'owi kilka jabłek do żłoba, po czym udałam się do boksu BellaRosy.

Po osiodłaniu klaczy poszłam z nią na halę. Cieszyłam się z możliwości puszczania muzyki w budynku, co możemy teraz zrobić poprzez zamątowane niedawno głośnki. Puściłam "Suffering for Love", po czym wsiadłam na Roskę zaczynając trening. Na sam początek roboczym stępem przejechałyśmy pięć kółek, włączając póżniej wolty i inne ćwiczenie mające na celu rozciągnięcie klaczy. Po tym przyspieszyłam lekko krok konia skracając wodze, dając mu sygnał, że teraz ma się skupić. Jadąc długą ścianą dałam Belli sygnał do zakłusowania. Jechałyśmy spokojnym kłusem. Co jakiś czas zatrzymywałam klacz w celu poćwiczenia przejść kłus-stęp, stęp-kłus jak i od stój do kłusa i z kłusa do stój. Po ostatnim przejściu do stępa dałam klaczy luźną wodzę, robiąc krótką przerwę. Zjechałam do środka hali żeby nie robić dodatkowych kilometrów w stępie. Po około pięciu minutach spokojniej jazdy znów wyjechałam na ścianę tym razem kłusem pośrednim. W spokojnym tempie zaczęłyśmy najeżdżać na leżące na środku hali drążki. Klacz pokonywała je bez żadnych puknięć, wysoko podnosząc nogi. Pierwsze swa przejazdy zrobiłam anglezując nad drążkami, a pozostałe już w półsiadzie, dodając zagalopowanie po drążkach i przejście do kłusa po paru fule. Później zaczęłyśmy najeżdżać na kżyżaki porozstawiane po hali. Były dość niskie, ale nie przeszkadzało mi to bo Roska dawno nie chodziła pod siodłem, więc nie chciałam od razu za dużo od niej wymagać. Sktóciłam wodzę nakierowywując izabelowatą klacz na przeszkodę stojącą naprzeciwko trubun. Klacz położyła po sobie uszy, po czym skręciła centralnie przed krzyżakiem przy tym prawie zrzucając mnie ze swojego grzbietu.
- Co ci? - zapytałam poprawiając dosiad - Znów masz swoje chumorki?
Nie dając klaczy satysfakcji, że postawiła na swoim, ponowiłam najazd na tą samą przeszkodę. Tym razem Roska skoczyła, za przeszkodą strzelając dość pokaźnego barana.
- Zachowujesz się gorzej niż Theze jak go Con zajeżdżał - westchnęłam kierując Bell na następną z przeszkód
Tym razem padło na szereg skok wyskok. Klaczka bardzo lubiła to ćwiczenie, więc bez żadnego "ale" przejechała tą przeszkodę. Wymyślony w mędzy czasie parkur przejechałam jeszcze kilka razy, a składał on się z krzyżaka, potem najazd na stacjonatę, szereg na pięć fule, okser z dwóch krzyżaków i na koniec szereg skok wyskok. Przez większą część treningu nie zwracałam co leciało z głośników. Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że chyba przydałoby się w końcu zamienić te smęty na coś bardziej nadającego się do treningu. Przeszłam do kłusa. Przejechałam kilka kółek w rzuciu z ręki, po czym zwolniłam klacz do stępa. Wyciągnęłam telefon w celu zmienienia utworu lecącego w tle, lecz na ekranie wyskoczyło mi nieodebrane połączenie od mamy.
- Ciekawe co chcała - powiedziałam wyłączając muzykę
Rozstępowałam klacz, po czym odprowadziłam ją do stajni. Tam rozsiodłałam ją, zakładając potem derkę żeby się nie przeziębiła.

Cały dzień minął mi strzasznie szybko. Nim się zorientowałam była już dwudziesta druga i przydałoby się żebym poszła spać bo jutro praca. Przebrałam się w piżamkę, umyłam zęby, po czym położyłam się do łóżka. Jak zwykle miałam problemy żeby zasnąć, lecz w końcu odpłynęłam w świat snów...



No to napisz co tam u Kelvina, a potem wracamy do wątku XD
BellaRosa +20um
1022 słów = 300$